piątek, 8 marca 2019

Ta jedna miłość - Dorota Milli

Po książkę "Ta jedna miłość" sięgnęłam skuszona tytułem. Nie czytałam opisu ani rekomendacji, o autorce również nic wcześniej nie słyszałam. Natomiast potrzebowałam powieści lekkiej w odbiorze, być może trochę przewidywalnej i infantylnej, ale takiej, przy której miło spędzę czas. A historie z miłością w tle zawsze miło się czyta. Zdałam się na intuicję i się nie zawiodłam. Nie przypuszczałam jednak, że dostanę coś naprawdę wciągającego.

Z miłością jest tak, że przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie. I to zazwyczaj wtedy, kiedy w końcu przestajemy na nią czekać i zaczynamy akceptować siebie, a także coś robić z własnym życiem. Może nas trafić w sklepie, w parku, podczas przeglądania profili randkowych, na wyjeździe, albo na jakimś kursie czy siłowni. Nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie spotkamy miłość swojego życia. Przeważnie zdarza się to wtedy, kiedy przestajemy już szukać.

Florka to kobieta zakompleksiona, niepewna siebie, topiąca smutki i niepowodzenia w czekoladzie. Od dziecka w jej życiu słodkie było na pierwszym miejscu. Odkąd sięga pamięcią to w ręce zawsze miała ciasteczko, batonika, pralinki, tabliczkę czekolady... Nie zdawała sobie sprawy, że coś jest nie tak, mimo prześladowań w szkole, i tego, że z każdym miesiącem robi się coraz większa i smutniejsza. Przecież jej rodzice, również znacznie przekraczający normę pod względem wagi, tak bardzo się kochali i akceptowali każdy swój kilogram. Również córkę kochali miłością bezgraniczną, uważając, że szczęśliwy człowiek to ten najedzony do syta. W dorosłym życiu wcale nie było jej lepiej. Gdy Florka dotarła do stanu krytycznego, do akcji wkroczyły przyjaciółki. Wiedziały, że nie będzie łatwo namówić dziewczynę na kolejną dietę czy ćwiczenia, więc udały się do podstępu, aby zmusić ją do podpisania papierów, które już na zawsze miały zmienić jej życie. Tak trafiła na wczasy pielęgnacyjne.

Sięgając po "Tę jedną miłość" Doroty Milli nie zdawałam sobie sprawy, że jest to ostatni tom cyklu "Marzenia do spełnienia". Na szczęście dowiedziałam się o tym dopiero po przeczytaniu, inaczej bym była uprzedzona do powieści już na starcie i musiałabym koniecznie poznać najpierw poprzednie części. Autorka rozpoczęła książkę od przedstawienia bohaterów, więc nie odczułam braku znajomości poprzednich tomów. Wprawdzie nie miałam pojęcia co spotkało przyjaciółki Florki wcześniej, ale nie miało to większego znaczenia przy tej historii.

Na początku trudno było mi się skupić na fabule, którą napisała Dorota Milli. Dość mała czcionka, a do tego rzadko spotykane imiona sprawiły, że miałam problem z wciągnięciem się w powieść. Lukrecja, Florentyna, Walenty, Gabriel, Benon... Odniosłam wrażenie, że autorka na siłę próbuje stworzyć postacie oryginalne, zupełnie niepodobne do innych, właśnie za pomocą imion rzadko współcześnie spotykanych. Niepotrzebnie. Każda z postaci wyróżniała się temperamentem, sposobem bycia, poczuciem humoru czy podejściem do życia. Nadanie takich imion bohaterom sprawiło, że częściej wybijałam się z rytmu czytania, niż byłam pod wrażeniem pomysłowości. Ale gdy przestałam zwracać na to uwagę, to wciągnęłam się na dobre. Nie mogłam przestać czytać. Siadałam w każdej wolnej chwili i czytałam chociaż kilka stron.

Florka to postać bardzo... specyficzna. Choć zmaga się z nadwagą, uzależnieniem od słodyczy, z którego nie potrafi i tak naprawdę nie chce zrezygnować, nawet gdy zdaje sobie z niego sprawę, to przy tym jest osobą z poczuciem humoru. To, z jaką śmiałością łamie zasady panujące na wczasach pielęgnacyjnych, jej próby nierzucania się w oczy, które odnosiły odwrotny skutek sprawiały, że wybuchałam gromkim śmiechem. Przez jej niezdarność i zadziorność było kilka naprawdę zabawnych sytuacji.

Nim się zorientowałam, przeczytałam całą książkę i żałowałam, że to już koniec. Trudno było mi się rozstać z bohaterami, zdążyłam się z nimi zżyć i z przyjemnością śledziłam ich poczynania. Jest to pozycja lekka, którą mimo objętości szybko się czyta. Bawi, odpręża, wzrusza, zaskakuje. I choć można było przewidzieć zakończenie, które nie należy do najoryginalniejszych, to nie ujmuje to całej historii. Mimo wszystko naprawdę dobrze się bawiłam podczas czytania "Tej jednej miłości" i nie żałuję, że zaufałam intuicji.
Czytaj dalej »

czwartek, 7 marca 2019

Kobiety nieidealne. Iza - Magdalena Kawka, Małgorzata Hayles

Opinia może zawierać spoilery z pierwszego tomu cyklu - kliknij, aby przejść do recenzji części pierwszej

Po "Kobiety nieidealne. Iza" sięgnęłam zaraz po przeczytaniu pierwszej części cyklu. Nie zwracałam uwagi na stos książek, czekający od dawna na przeczytanie. Koniecznie musiałam jak najszybciej poznać dalsze losy bohaterów stworzonych przez duet przyjaciółek - Magdalenę Kawkę i Małgorzatę Hayles. I choć syn i obowiązki domowe skutecznie utrudniały mi zagłębianie się w lekturze w ciągu dnia, tak wieczorami z przyjemnością zasiadałam z kubkiem herbaty do czytania. Idealny sposób na wyciszenie się i odpoczynek po ciężkim dniu.

W drugim tomie cyklu "Kobiety nieidealne" autorki najwięcej czasu poświeciły tytułowej Izie. Choć i tutaj mamy bardzo dużo o życiu Magdy, Basi czy Joanny, to właśnie Iza jest główną bohaterką. Całą historię poznajemy z jej perspektywy, a więc mamy większy wgląd do jej myśli i uczuć. Główna bohaterka nagle traci pracę i musi zmierzyć się z nową rzeczywistością. Do tego jej syn, do tej pory stale pod opieką ojca Japończyka, postanowił zostać z mamą i uczyć się w polskiej szkole. I gdyby tego było mało, z niespodziewaną wizytą wpada mama Izy, zachowująca się jak nastolatka, skupiająca na sobie uwagę wszystkich napotkanych mężczyzn. I może kobieta jakoś by sobie ze wszystkim poradziła, gdyby na jaw nie wyszła dawno skrywana tajemnica matki. Pod wpływem przyjaciółek postanawia wyruszyć w podróż życia - po prawdę.

"Kobiety nieidealne. Iza" to równie wciągająca, poruszająca i doprowadzająca do łez (przeważnie ze śmiechu) powieść, co tom pierwszy. Pokuszę się o stwierdzenie, że jest nawet ciekawsza i bardziej emocjonująca, niż ta o Magdzie. Bohaterki wciąż rozbrajają swoim poczuciem humoru, podejściem do wielu spraw, pomysłami na rozwiązanie problemów, odwagą i spontanicznością. Dużo świeżości do książki wnoszą synowie Magdy i Izy - Tolek oraz Harumi. Ich pomysłowość i odwaga bywa godna podziwu. Często się zastanawiałam, jak im przychodzą do głowy takie pomysły i skąd biorą w sobie tyle śmiałości, aby przeciwstawić się rodzicom i otoczeniu. Mają w sobie tyle pozytywnej energii, a ich dialogi wywołują gromki śmiech. Czytając czekałam na dawkę ich spostrzeżeń, myśli, wyrażonych znienacka, często w chwilach nieodpowiednich, pełnych powagi.

Magdalena Kawka i Małgorzata Hayles w swoim cyklu poruszają nie tylko lekkie i zabawne tematy, ale skupiają się również na tych nieco trudniejszych. A do takich należy między innymi macierzyństwo, dojrzewanie, czy typowa relacja matki z dzieckiem, przedstawiona z wielu punktów widzenia, na kilku przykładach. Wychowywanie nastolatków nie należy do najprostszych zadań w życiu rodzica, ale dogadywanie się z już dorosłym dzieckiem też bywa trudne. A gdy do tego dochodzą utracone lata - robi się trudniej... i może przez to nawet ciekawiej.

"Kobiety nieidealne. Iza" to bardzo udana kontynuacja tomu pierwszego. Życie bohaterów nadal jest często skomplikowane, dziewczyny dalej popełniają błędy, ale wciąż mogą liczyć na spotkania przy winie i na siebie nawzajem. Nie mogę się doczekać, aż w moje ręce wpadnie tom trzeci, o Joannie. A w przygotowaniu jest już tom czwarty! Aż żal będzie rozstawać się z bohaterami...
Czytaj dalej »

niedziela, 24 lutego 2019

Kobiety nieidealne. Magda - Magdalena Kawka, Małgorzata Hayles

Ostatnio chodzę zmęczona, mam niedobory snu, a synkowi wychodzą ząbki, co sprawia, że sił jest proporcjonalnie mniej od ich zapotrzebowania. Trudno mi się skupić na książkach, które poruszają mocne i kontrowersyjne tematy, albo wymagają dużego skupienia i długiego przemyślenia. Potrzebowałam lektury lekkiej, zabawnej, odprężającej, która poprawi mi nastrój i sprawi, że naprawdę miło spędzę czas, bez zbędnego wysiłku. Takiej, która będzie idealnie pasować do lampki wina. O cyklu "Kobiety nieidealne", napisanym przez duet przyjaciółek - Małgorzaty Hayles i Magdaleny Kawki, dowiedziałam się od przyjaciółki. Po jej rekomendacji czułam, że to będzie seria idealna dla mnie.

"Kobiety nieidealne. Magda" to książka, w której pierwsze skrzypce gra tytułowa Magda, a reszta należy do jej trzech przyjaciółek - Izy, Joanny i Baśki. Magda to kobieta po czterdziestce, która na pozór wiodła szczęśliwe życie w wielkim domu, u boku męża i dwunastoletniego syna Tolka. Jednak nie wszystko jest tak piękne, jak to wygląda na pierwszy rzut oka. Gdy tylko zdała sobie sprawę, że nie spełnia się w roli, jaką przyszło jej odgrywać, znalazła się w ramionach Gustawa, dla którego była gotów porzucić dotychczasowe życie. Jednak coś poszło nie tak i Magdzie życie obróciło się do góry nogami - rozwiodła się z Adamem i przeniosła z synem do małego mieszkania, gdzie ledwo wiążąc koniec z końcem, brutalnie zderzyła się z rzeczywistością. Ale na przyjaciółki zawsze można liczyć! Podczas jednego ze spotkań, przy butelce wina, dziewczyna stała się posiadaczką konta na portalu randkowym.

Autorki stworzyły powieść o kobietach, dla kobiet. Taką, która bawi, wzrusza i dodaje otuchy. Stworzyły postacie nieszablonowe, nieidealne, z bagażem doświadczeń i poczuciem humoru. Każdy z bohaterów wyróżniał się na tle pozostałych i wnosił coś innego do powieści. Osoby z krwi i kości, popełniające błędy, zaliczające wpadki. Ale to właśnie przyjaźń jest ich tajemniczą mocą, która sprawia, że kroczą dalej przez życie i się nie poddają. Choć nie zawsze jest kolorowo to na babskim spotkaniu, z kieliszkiem wina w ręce, wszystko staje się jakby prostsze, mniej przerażające. I nagle z pustki w głowie rodzi się wiele pomysłów. Przyjaźń, taka na dobre i na złe, mimo przeciwności losu, popełnianych błędów, brutalnej codzienności. Taka, która jest oparciem w trudnych chwilach i wsparciem w tych dobrych. Taka, o której w głębi duszy marzy każdy z nas.

Magdalena Kawka i Małgorzata Hayles stworzyły powieść humorystyczną, z mnóstwem doskonałych dialogów, która staje się bliska każdemu czytelnikowi. Autorki pokazały, że każdy w życiu musi zderzyć się z kłodą, która nagle wyrasta nam spod nóg, mimo że nie zawsze jest to takie łatwe. Książka wciąga już od pierwszych stron, nie pozwalając na odłożenie jej na bok. Nie mogłam się doczekać chwil, kiedy będę mogła w spokoju usiąść na łóżku z lekturą w ręce i ponownie zatopić się w świecie stworzonym przez nasze rodzime autorki. Wiele razy śmiałam się na głos, a niektóre fragmenty czytałam nawet swojemu partnerowi. To właśnie humor jest tu największym plusem powieści, tak samo dystans do samego siebie i różnorodność odnośnie bohaterów i ich podejścia do życia.

Po przeczytaniu pierwszego tomu "Kobiet nieidealnych" żałowałam, że to koniec. Naprawdę świetnie się przy nim bawiłam i choć na chwilę mogłam zapomnieć o problemach czy własnych wpadkach. Na szczęście na półce czekał już tom drugi, poświęcony kolejnej z przyjaciółek - Joannie. Jeżeli szukacie powieści, która Was rozbawi, ale też nie jest banalna, infantylna, to koniecznie sięgnijcie po pozycje z tego cyklu . I bawcie się dobrze!
Czytaj dalej »

czwartek, 7 lutego 2019

Iskra światła - Jodi Picoult

Jodi Picoult to autorka, po której książki sięgam w ciemno. Nawet nie czytam opisu na stronie wydawnictwa, ponieważ nie chcę psuć sobie przyjemności z poznawania lektury. A, że autorkę uwielbiam i jeszcze mnie żadną swoją historią nie zawiodła, to wiem, że mogę tak zrobić. Dokładnie tak samo było w przypadku "Iskry światła", najnowszej pozycji wydanej nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka. Gdy do mnie dotarła, wieczorem położyłam synka spać, wygodnie rozsiadłam się na łóżku i... przepadłam.

Historia ma miejsce w klinice dla kobiet, w której wsparcie dostanie każda kobieta w potrzebie. Jak każdego dnia, lekarze i pielęgniarki mają tam bardzo dużo pracy, ponieważ to jeden z nielicznych ośrodków, który jeszcze funkcjonuje i którego demonstranci nagminnie oblegają. I to właśnie w taki dzień, gdy od rana nie wiadomo w co ręce włożyć, do kliniki wpada mężczyzna, który zaczyna krzyczeć i strzelać. Na miejsce dociera negocjator Hugh McElroy, przygotowuje się do pracy zabezpieczając teren i zbierając informacje o napastniku. I nagle dostaje wiadomość, przez którą ta sprawa nabiera osobistego znaczenia.

"Wszystko zależy od okoliczności. Czasem wyboru trzeba dokonać wbrew sobie, z konieczności. Na tym polega honor."

Jodi Picoult stworzyła powieść, która pokazuje, że nic nie jest albo tylko czarne, albo tylko białe. Podjęła się tematu, który porusza do głębi i wzbudza kontrowersje w wielu krajach, także w Polsce. Aborcja, bo o niej w tej książce mowa, jest zamierzonym zakończeniem ciąży za pomocą działań zewnętrznych - tabletek, bądź zabiegu, efektem czego jest śmierć płodu lub zarodka. I choć może być legalna na przykład z powodu gwałtu lub zagrożenia życia matki, to mimo wszystko znajdą się osoby, które wiedzą lepiej, co jest właściwe dla nienarodzonego dziecka.

W powieści znajdziemy bardzo dobrze wykreowane postacie, tak bardzo różne od siebie, reprezentujące odmienne stanowiska. Mamy tu między innymi pielęgniarkę, która mimo paraliżującego strachu stara się pomóc wszystkim potrzebującym podczas ataku; lekarza, który wykonuje swoją pracę w imię wiary; obrończynię życia, która znalazła się w klinice pod przykrywką w celu zdemaskowania lekarzy; młodą dziewczynę pragnącą usunąć ciążę i drugą, która przyszła po tabletki antykoncepcyjne, aby nie musieć w przyszłości podejmować takiej decyzji, jak część pacjentek Ośrodka. Do tego napastnika, George'a, który mści się na pracownikach i pacjentach za krzywdy, które go spotkały, a także negocjatora Hugh McElroy'a, jednego z najlepszych w swoim fachu, dla którego cała sprawa zaczęła mieć osobisty wymiar.

Autorka odważyła się na poruszenie trudnego tematu w sposób bardzo obiektywny. Czytając powieść trudno odgadnąć, jakie dokładnie stanowisko wobec aborcji zajmuje. W "Iskrze światła" przedstawiła kilka punktów widzenia. Każda z postaci miała swoje argumenty i swoje powody, dla których trzymały się takiego, a nie innego poglądu na przerwanie ciąży. Stopniowo odkrywa karty za pomocą akcji prowadzonej "wstecz", ale bez obaw - punkt kulminacyjny znajduje się na właściwym miejscu. Nieczęsto spotykam się z takim zabiegiem literackim. Choć początkowo sprawiło mi to nieco kłopotu, aby się odnaleźć w fabule, tak teraz uważam, że był to strzał w dziesiątkę. Stopniowe zgłębianie się w przeszłość sprawia, że poznajemy dokładne stanowisko i motywy bohaterów, zapominając o naszych wcześniejszych osądach i nie skupiając się na niczym innym, tylko na postaciach.

"Iskra światła" jest książką napisaną prostym językiem, zawierającą dużo treści, ale oszczędną w słowach. Ta historia aż krzyczy do czytelnika, aby nie pozwolić sobie na osądzanie innych bez poznania przyczyn ich postępowania. Nie powinno się mierzyć wszystkich jedną miarą, bo może się okazać, że prawda wygląda zupełnie inaczej, niż się początkowo wydawało. I choć mam wrażenie, że o aborcji zostało powiedziane już naprawdę dużo, to autorka pokazuje, że to wciąż ważny i trudny temat, nad którym warto czasem się trochę pochylić i odnieść do niego obiektywnie.

Powieść nie zmieniła mojego myślenia o aborcji, ani nie sprawiła, że zaczęłam żywić jakiekolwiek negatywne uczucia wobec reprezentantów którejś z grup. Nie należy również do moich ulubionych pozycji w dorobku autorki. Jednakże uważam, że Jodi Picoult stworzyła historię, po którą powinno sięgnąć jak najwięcej ludzi. Otwiera oczy, uświadamia, a także pomaga uporządkować swoje stanowisko. Wywołuje refleksje i może być punktem zaczepienia w wyrobieniu sobie swojej własnej opinii, gdy się jeszcze jej nie ma. Jak najbardziej polecam.
Czytaj dalej »

czwartek, 24 stycznia 2019

Hanna Kowalewska - Zanim odfrunę

Tekst może zawierać spoilery części pierwszej - "Tam, gdzie nie sięga już cień"!

Gdy usłyszałam, że Hanna Kowalewska napisała drugi tom cyklu o Jantarni to wiedziałam, że obowiązkowo będę musiała po nią sięgnąć. "Tam, gdzie nie sięga już cień" spodobało mi się tak bardzo, że żałowałam, że nie ma kontynuacji. Miałam ochotę przeczytać ją nawet drugi raz. Trochę żałuję, że nie zrobiłam tego jednak chwilę przed sięgnięciem po "Zanim odfrunę", bo na początku bardzo gubiłam się kto jest dla kogo kim i co komu takiego zrobił, że żywią do siebie takie, a nie inne uczucia. Jednak z każdą kolejną stroną przypominałam sobie coraz więcej. I coraz bardziej wciągałam się w historie ludzi z nadmorskiego miasteczka.

Inka po pogrzebie ciotki Berty wróciła czym prędzej do Warszawy. Wyjeżdżając obiecała sobie, że wróci tam za tydzień lub dwa. Nie wróciła. Mijały miesiące, a ona nie potrafiła znaleźć w sobie sił, aby zmierzyć się z przeszłością, którą tak skutecznie przez wiele lat ukrywali jej bliscy i mieszkańcy Jantarni. Wyjeżdżając zabrała z domu na Słonecznej tylko jedną rzecz - szkatułkę z listami. Długi czas do niej nie zaglądała, ale nadszedł moment, aby przypomnieć sobie wszystko to, o czym tak bardzo jej bliscy nie chcieli, aby pamiętała. Czas, aby poznać bliżej historię życia mamy, która zmarła dwadzieścia lat temu. Tylko czy jej się to uda, gdy na drodze stoi wiele przeciwności, a Jantarnia wcale nie jest jej przychylna?

Proza Hanny Kowalewskiej porusza do głębi. Pięknie obrazuje to, co miała w wyobraźni sama autorka. Skutecznie wciąga czytelnika do środka i nie pozwala opuścić życia bohaterów. Wszystko wydaje się takie rzeczywiste, namacalne i niejednoznaczne. Bohaterowie są plastyczni, wyjątkowi, każdy z własnym temperamentem. Każdy oryginalny i zapadający w pamięć, gdzie nie sposób przejść obok nich obojętnie. I każdy z nich rości sobie prawa do decydowania o życiu Inki. Hanna Kowalewska stworzyła postacie, które nie są ani czarne, ani białe. Trudno określić czy wzbudzają tylko pozytywne bądź tylko negatywne uczucia. Z każdą kolejną stroną bohaterowie budzili we mnie inne, nierzadko skrajne emocje. Pisarka sprawiła, że poznajemy ich samych i uczucia, jakie żywią do pozostałych bohaterów za sprawą nie tylko chwili obecnej, ale również retrospekcji. I to właśnie one w pewien sposób miały ułatwić czytelnikowi bliższe poznanie wielu historii, a jeszcze bardziej skomplikowały ogląd na sporo kwestii. Kreacja postaci to zdecydowanie jeden z wielu plusów powieści, dla której warto ją przeczytać. I wbrew pozorom to nie główna bohaterka jest moją ulubioną, lecz Weronika. Za to, że była ponad tym wszystkim, co działo się w miasteczku. Za to, że miała otwarte serce dla istot, które nie wzbudzają takiego zainteresowania, jak małomiasteczkowe ploteczki. I również za to, że do samego końca postępowała zgodnie z własnym sumieniem.

Na plus jest również forma, w jakiej główna bohaterka powieści poznaje myśli i uczucia dawno zmarłej matki. To, kto i w jaki sposób serwuje jej te informacje, również wzbudza w czytelniku wiele emocji. I sprawia, że czyta się każdą kolejną stronę z zapartym tchem. Choć nie rozumiałam do końca relacji Inki z tą osobą to muszę przyznać, że zgłębiałam się w nią z niemałym zainteresowaniem. Osią całej powieści jest właśnie Inka, która próbuje poznać prawdę o życiu Monki, ale nie tylko im Hanna Kowalewska poświeciła dużo uwagi. Dzięki wcześniej wspomnianym retrospekcjom, a także dążeniu dziewczyny do poznania prawdy, mamy okazję zagłębić się w życie innych osób. Poznać ich przeszłość, pobudki i motywy zachowania, spróbować ich zrozumieć i dojść do tego, jaki to wszystko miało wpływ na życie w Jantarni.

Trudno jest mi opisać drugi tom cyklu o Jantarni. Wzbudza we mnie chaos, który trudno ujarzmić. "Zanim odfrunę" jest książką skomplikowaną, która wciąga od pierwszej strony i nie pozwala się od niej oderwać aż nie przeczyta się ostatniego zdania. Mnogość wątków, znanych motywów ale pokazanych w nieco inny sposób, złożoność postaci i ich wzajemnych relacji... Tej pozycji nie da się sklasyfikować, a także opisać tak, aby nie zdradzać szczegółów. Fabułę trzeba samemu poznać, wejść w życie małego nadmorskiego miasteczka, poznać losy bohaterów, ich tajemnice, bardzo interesującą przeszłość. I choć jest to tom drugi i lepiej by było przeczytać najpierw "Tam, gdzie nie sięga już cień", to "Zanim odfrunę" może stanowić samodzielną, oddzielną powieść. Tu autorka skupiła się bardziej na przeszłości bohaterów, która owszem, ma bardzo duży wpływ na teraźniejszość, o której więcej mowy jest w tomie pierwszym, ale i w tomie drugim co nieco jest o niej wspomniane. Jednakże osobiście polecam przeczytać od pierwszej części, chociażby ze względu na prozę Hanny Kowalewskiej, która jest po prostu piękna.
Czytaj dalej »

środa, 16 stycznia 2019

Nasze małżeństwo - Tayari Jones

O naszym życiu nie zawsze w pełni sami decydujemy, lecz często więcej do powiedzenia ma los czy zbiegi okoliczności. Roy znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Wraz ze swoją żoną Celestial wybrał się do hotelu w rodzinnej miejscowości, w którym kiedyś pracowała jego mama Olive. To właśnie tam chciał z ukochaną wyruszyć w podróż do przeszłości, zaczynając od momentu i miejsca, w którym prawie przyszedł na świat. Sprzeczka z partnerką i wypowiedzenie ich magicznego hasła powstrzymującego rozmowę na piętnaście minut sprawiły, że mężczyzna wyszedł do hotelowego holu, aby ochłonąć i zebrać myśli. W tym czasie pomógł starszej kobiecie donieść lód do jej pokoju, naprawił spłuczkę i zwrócił uwagę na poluzowaną klamkę. Wrócił do żony i wcześniejszej rozmowy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie nagła pobudka w środku nocy i rzucone przez starszą panią oskarżenie. W tym momencie wszystko potoczyło się ekspresowo - areszt, sprawa sądowa i odsiadka. Takie wydarzenia zmieniają ludzi i ich dotychczasowe życie już na zawsze.

"Nasze małżeństwo" to książka, którą trudno mi ocenić. Spędziłam z nią dwa dni, czytając w każdej wolnej chwili. Żyłam tą powieścią i miałam wrażenie, że również życiem bohaterów. Początek bardzo mnie rozczarował, podejrzewałam, że będzie to kolejna pozycja o młodym małżeństwie, które szybko się skończyło z powodu sprzeczek i wielu nieporozumień, być może nawet z powodu jakiejś zdrady. Okazało się, że nieco minęłam się z pomysłem autorki. Tayari Jones stworzyła historię o Afroamerykanach, którzy już ze względu na pochodzenie i kolor skóry nie mają w życiu łatwo. Stereotypy, uprzedzenia, gorsze traktowanie... Według mnie młode małżeństwo od początku nie było silne, w pełni zaangażowane, już bez brania pod uwagę ich pochodzenia, więc wyrok skazujący wystawił ich miłość na dodatkową, cięższą próbę. 

Historię poznajemy z punktu widzenia trzech osób - Roya, Celestial i ich wspólnego przyjaciela Andre. Rozdziały były pisany z perspektywy którejś z tych osób, w międzyczasie poprzeplatane listami pisanymi przez ukochanych. Pomysł na korespondencję więzienną do mnie przemówił i uważam to za jedną z ciekawszych rzeczy w książce. Brakowało mi natomiast dat, albo chociaż lat, w których dany list był pisany. Dzięki niektórym z nich mogłam odnaleźć się w czasie, ale nie zawsze się to udawało. Z drugiej strony Tayari Jones w "Naszym małżeństwie" dała sobie wolną rękę co do "zgrabnego" przeskakiwania w fabule, gdyż jedne listy były pisane na przełomie kilku miesięcy, inne na przełomie lat. I choć główny wątek powieści nieco mnie rozczarował to wątki poboczne uratowały w mojej ocenie powieść. Podobały mi się opisy pracy Celestial, a także wzmianki o rodzicach Roya, którzy są takim typowym przykładem kochającego się małżeństwa, które niezależnie od wydarzeń w życiu, zawsze się wspiera i przetrwa każdą próbę, jaką rzuci im los. Za to niektóre rozdziały mogłyby w ogóle nie istnieć, bo za wiele nie wnosiły do całej historii. Odnosiłam wrażenie, że są taką... zapchajdziurą, aby było coś więcej wspomniane o danym bohaterze.

Autorka pokazała, jak ważna jest rodzina, wsparcie, szczera rozmowa, prawdziwe uczucie. To, że nie warto pochopnie podejmować decyzji o małżeństwie, bo byle nieporozumienie może rozsypać związek, tak jak podmuch wiatru rozsypuje domek z kart. Życie nie zawsze jest usłane różami, nie zawsze będą same dobre momenty. Jest to również książka o dyskryminacji, uprzedzeniach, stereotypach. Pozycja, która pokazuje, że nadal pochodzenie dla wielu ludzi ma ogromne znaczenie i przekłada się to na wydawanie osądów.
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia