wtorek, 6 listopada 2018

Błękit - Maja Lunde

Książki Mai Lunde ostatnimi czasy zdobywają coraz większą popularność w naszym kraju. I słusznie, bo poruszają bardzo ważne tematy, którym na co dzień mało kto poświęca choć odrobinę uwagi. W przypadku "Historii pszczół" autorka porusza zagadnienie wymierania pszczół, konsekwencje ich zaniedbywania i pokazuje jak będzie wyglądało życie człowieka, gdy ich całkowicie zabraknie. W przypadku "Błękitu" zmierza się z problemem marnowania wody, której jest przecież coraz mniej na świecie. Żyjemy tu i teraz, bez głębszej refleksji nad przyszłością. Nie zastanawiamy się czy będziemy mieli co pić za kilka lat, a także jak będzie wyglądało życie naszych dzieci czy wnuków, gdy będziemy dalej tak beztrosko postępować. Mnie wizja autorki w przypadku tej powieści wystraszyła nawet bardziej, niż ta dotycząca życia bez pszczół.

Norwegia, rok 2017. Signe, mimo odżywających wspomnień o młodzieńczej miłości, przybywa po latach do rodzinnych stron, gdzie jako nastolatka walczyła o przetrwanie dzikiej natury. Nie potrafi pogodzić się z tym, z jaką łatwością ludzie niszczą naturalne środowisko, wykorzystując je do napędzania elektrowni wodnej. W ten sposób nie ma śladu już po rzece Breio, wzgórzach czy wodospadach Dwie Siostry. Pozostał tylko lodowiec, który w niedalekiej przyszłości również przestanie istnieć za sprawą beztroski ludzi, którzy na jego podstawie stworzyli dochodowy biznes. Kobieta postanawia ostatni raz zawalczyć o tak bliską jej naturę, a wykorzysta do tego swój ukochany jacht - Błękit.

Francja, rok 2041. Kontynent trawi susza. Podczas pożaru David wraz z żoną i dziećmi zmuszeni są porzucić dotychczasowe życie i uciekać jak najdalej od domu. Podczas ucieczki ogień rozdziela rodzinę. David wraz z jedenastoletnią córką Lou zatrzymuje się w jednym z obozów dla uchodźców, gdzie próbuje zdobyć informacje o żonie i synku, a także przeczekać ten gorszy czas. To właśnie ten obóz staje się ich nowym domem, gdzie czekają na dobre wieści i choć odrobinę deszczu. Pewnego dnia, przy opuszczonym w pobliżu obozu domu, znajdują ukrytą pod płachtami żaglówkę, która to staje się ich małym promykiem nadziei.

Woda jest stale obecna w naszym życiu. Przyzwyczailiśmy się, że mamy jej wręcz pod dostatkiem. Gdy ją mamy to nieczęsto doceniamy, marnujemy, w żaden sposób nie oszczędzamy. Bo jak można inaczej nazwać wylewanie wody z czajnika przed przyrządzeniem kawy, bo przecież najsmaczniejsza jest tylko ta świeżo zagotowana i koniecznie tylko raz? Albo odkręcony kran z wodą, gdy myjemy zęby lub namydlamy dłonie? Takich przypadków marnowania wody jest wiele i człowiek nie zdaje sobie sprawy, że tej pitnej mamy coraz mniej. Dopiero gdy zaczyna brakować to zauważamy problem. Przez nasze bezrefleksyjne jej wykorzystywanie każdego dnia zbliżamy się do wielkiej suszy. Autorka postanowiła uświadomić czytelników tworząc historię z niezbyt pozytywną wizją. I to wcale nie taką odrealnioną jakby się mogło wydawać.

Maja Lunde w porównaniu do "Historii pszczół" tym razem skupiła się tylko na dwóch głównych wątkach, dwóch okresach, dwóch rodzinach, a nie jak wcześniej na trzech. Choć powieść jest mniejsza objętościowo od swojej poprzedniczki to pod względem treści wypada nawet korzystniej. Książki autorki poruszają bardzo ważne aspekty związane z naturą, wpisując się w nurt literatury ekologicznej. Co ważne, autorka nie narzuca nikomu swojego stanowiska, nie poucza, nie umoralnia. Przedstawia swoją wizję przyszłości dając czytelnikowi szerokie pole do refleksji. Proza bardzo dojrzała, a przy tym łatwa w odbiorze, z ciekawym wątkiem obyczajowym. Nigdy nie sądziłam, że będę zaczytywać się w tego typu książkach, ale jestem przekonana, że przeczytam wszystkie pozycje, jakie ta autorka wyda i zostaną u nas przetłumaczone. Jej powieści skłaniają do wielu refleksji i na długo pozostają w głowie, naturalnie wywołując u mnie chęć zmian.
Czytaj dalej »

czwartek, 25 października 2018

Historia pszczół - Maja Lunde

Pszczoły to takie małe, żółto-czarne owady, które choć człowiekowi same krzywdy nie zrobią, to wywołują ataki paniki. Często mylone z osami, nie kojarzą się większości zbyt przyjemnie. A szkoda, bo to bardzo pracowite i pożyteczne owady. Pokuszę się o stwierdzenie, że każdy wie, że to one są odpowiedzialne za miód, którym tak bardzo człowiek lubi słodzić wodę czy herbatę. Czy zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby nagle ich zabrakło? Kto byłby odpowiedzialny za zapylanie kwiatów, kto produkowałby pyszny złoty płyn? Czy brak pszczół to aż taka tragedia, jakby się mogło wydawać?

Tajemnicze wymieranie pszczół stało się globalnym problemem, na podstawie którego autorka stworzyła powieść. Anglia, rok 1857. Wiliam zafascynowany obserwacjami chciał dokonać czegoś wielkiego, zasłynąć, rozwinąć skrzydła jako naukowiec. Jednak rzeczywistość szybciej go dopadła - żona, dzieci, praca w sklepie z nasionami. To wszystko sprawiło, że pasja obserwacji musiała odejść na bok. A to miało swoje poważne konsekwencje dla niego samego i jego rodziny. Stany Zjednoczone, rok 2007. George'a od wielu lat fascynują pszczoły i hodowla uli. Kontynuuje rodzinną tradycję i rozwija swoją farmę, aby kiedyś ten interes przekazać synowi. Nie potrafi jednak pogodzić się z faktem, że marzenia jego syna są tak bardzo odmienne od jego. Chiny, rok 2098. Tao wraz z innymi mieszkańcami, również dziećmi, każdego dnia przychodzi do sadu i wykonuje swoją pracę. Jako jedyni opracowali system zapylania kwiatów, który był konieczny po globalnej katastrofie. Jest przerażona, że jej ukochany syn już niedługo przestanie być dzieckiem, a zacznie być częścią tego systemu. Natomiast nie jest świadoma, że ona i jej rodzina odegrają nieco inną rolę, niż przypuszczała.

Maja Lunde stworzyła powieść wielopokoleniową, która porusza do głębi. Trzy różne okresy, trzy odmienne miejsca, trzy rodziny. Na pozór tak bardzo do siebie niepodobne, a w rzeczywistości bardzo spójne. Przez większość książki zastanawiałam się dlaczego autorka nie stworzyła trzech odrębnych powieści bądź opowiadań, a umieściła trzy przeróżne historie w jednej pozycji. Zaczęło mnie to nawet lekko irytować. Jednakże gdzieś od połowy wszystko pięknie się ze sobą zazębia, łączy w jedną logiczną całość. Brawo! Dzięki temu zabiegowi możemy poznać przyczyny i skutki katastrofy, z punktu widzenia ludzi, którzy żyli w danym okresie i jaki to ma wpływ na przyszłość ludzkości.

Nic dziwnego, że autorka została doceniona w wielu krajach. Stworzyła nietuzinkowe postacie, każdej z nich poświęciła dużo czasu w powieści, aby czytelnik mógł dokładnie ich poznać, zrozumieć postępowanie, rozszyfrować myśli. Opisy bardzo plastyczne, wiarygodne, dzięki czemu czułam się częścią "Historii pszczół". Tematyka choć na pozór błaha, okazała się być bardzo ważna, dająca dużo do myślenia. Książka wywołuje multum refleksji nie tylko po przeczytaniu całości, ale już w trakcie. I choć nigdy do tej pory nie interesowałam się jakoś specjalnie życiem pszczół to teraz zaczęłam patrzeć na nie bardziej życzliwie i je oszczędzać. Dzięki tej powieści zmniejszyłam nawet swój lęk przed tymi owadami, za co jestem autorce bardzo wdzięczna!
Czytaj dalej »

poniedziałek, 15 października 2018

W żywe oczy - JP Delaney

Ciąża potrafi doskwierać, zwłaszcza w ostatnich tygodniach. Czekając na synka starałam się zająć czymś myśli, aby nie czuć za bardzo bólu. Szukałam książki, która wciągnie mnie i sprawi, że będę chciała poznać jej zakończenie tego samego dnia. Tak trafiłam na "W żywe oczy" JP Delaney'a. Thrillery psychologiczne nieczęsto goszczą na mojej półce, bo mam problem ze znalezieniem tych godnych uwagi. A jak było w przypadku powyższego?

Claire potrafi kłamać po mistrzowsku. Do tego ma problemy z opłaceniem czynszu, ambicje aktorskie i brak zielonej karty. Pełna determinacji znajduje sobie pracę jako testerka wierności. Na zlecenie firmy prawniczej demaskuje mężczyzn, dostarczając żonom dowody ich zdrady. Zasady są proste - wszelkie propozycje muszą wyjść od nich. Jest w tym świetna. Pewnego dnia kobieta  otrzymuje nowe zlecenie, zupełnie inne od poprzednich. Już samo to, że zleceniodawca chce poznać kobietę wydaje jej się lekko podejrzane. Mimo wielu wątpliwości z obu stron, Claire podejmuje się tego zadania. Tak poznaje Patricka Foglera, wykładowcę na Uniwersytecie w Columbii, zafascynowanego Baudelairem. W tej chwili jej życie diametralnie sie zmienia.

Ogromny plus dla autora za stworzenie nietuzinkowej historii. Na podziw zasługuje to, jak zawiłą opowieść uwikłał, jak pomieszał wydarzeniami, jak wyprowadził czytelnika w pole, że aż do końca trudno było odgadnąć, jaka była prawda. Podziwiam, że sam nie zgubił się w tych wszystkich zawiłościach historii. Na plus również zasługuje wykorzystanie poezji Baudelaire'a, która szokuje po dziś dzień. Opieranie na niej wydarzeń sprawiło, że zechciałam dokładniej poznać twórczość tego poety, a z poezją nigdy nie było mi po drodze. Podobały mi się również wstawki dotyczące życia Claire, głównie jej studiowania. Zajęcia teatralne były bardzo ciekawe, a dokładne rozpisanie  zadań dało wrażenie, jakby się samemu siedziało i ćwiczyło z pozostałymi studentami. I choć aktorstwo wciąż przewijało się w "W żywych oczach" to bardzo irytowały mnie wstawki, które miały naśladować scenariusz teatralny. Zabieg na pewno niecodzienny, ale według mnie zbędny. Wybijał z rytmu czytania i sprawiał, że niekiedy gubiłam się, o co tak naprawdę w danej chwili chodzi. Trochę przerost formy nad treścią, aczkolwiek gdzieś od połowy historii można było już się do tego przyzwyczaić.

Gdy zaczyna szwankować zaufanie to sypie się wszystko. Począwszy od relacji, a skończywszy na poczuciu własnej wartości i pewności siebie. Stworzenie thrilleru na podstawie zaufania to strzał w dziesiątkę. "W żywe oczy" to książka, która podzieliła czytelników na dwa obozy. Powieść się albo lubi, albo nie. Moje stanowisko jest gdzieś po środku. Choć thriller ma kilka niedociągnięć to koniec końców szybko go przeczytałam, dobrze się przy nim bawiłam i udało mi się oderwać od rzeczywistości. 
Czytaj dalej »

środa, 5 września 2018

Myśli, których nie da się wyłączyć


Są takie myśli w głowie kobiety, których, nieważne jak bardzo by się starała, wyrzucić z głowy nie wyrzuci. Będą się pojawiać raz za razem, w najmniej oczekiwanym momencie. Budzisz się rano i myślisz sobie: "To będzie piękny dzień! Wyspałam się, słoneczko świeci, mam trochę wolnego do południa to zacznę dzień jakimś instagramowym śniadaniem". Odsuwasz kołdrę, zarzucasz na siebie szlafrok i boso idziesz do kuchni. Nastawiasz wodę na herbatę, wyciągasz jajka i owoce, szukasz patelni i resztki mąki, która przecież po ostatnich wypiekach gdzieś powinna być. I nagle, między jednym a drugim plackiem smażonym na patelni, pojawia się ta myśl... A w zasadzie kilka, bo one nigdy nie pojawiają się solo. Są jak kostki domino, idą jedna za drugą.

I nieważne czy w tym czasie jesteś w ciąży, czy może dopiero ją planujesz. Jeżeli kiedykolwiek wzięłaś pod uwagę to, że w przyszłości możesz zostać mamą to mogę się założyć, że chociaż jedna z tych myśli pojawiła Ci się w głowie, choćby raz. A zazwyczaj na tym jednym razie się nie kończy...

1. Czy uda mi się uspokoić własne dziecko?

Chociaż raz w życiu słyszałaś płacz dziecka. I byłaś świadkiem, że rodzic nie mógł sobie z tym płaczem poradzić - tulił maleństwo do piersi, dawał jeść, rozśmieszał, zmieniał pieluszkę, próbował kołysać... A ono jakby było obojętne na wszystkie jego starania. Płacz nie ustawał. Z czasem nawet się nasilał. W życiu nie zawsze jest tak kolorowo, że płacz dziecka przechodzi jak ręką odjął, gdy tylko któreś z rodziców weźmie maleństwo na ręce. I właśnie dlatego pojawiają się obawy czy aby na pewno uda mi się za każdym razem uspokoić własne dziecko. Czy będę w stanie rozpoznać jego potrzeby i szybko zareagować?

2. Czy będę dobrą mamą?

Taką, która zawsze znajdzie czas i chwilę uwagi dla swojego dziecka. Taką, która z chęcią usiądzie na podłodze i poukłada wieżę z klocków, położy się na łóżku i setny raz przeczyta tę samą bajkę. Taką, która z zamkniętymi oczami znajdzie pod łóżkiem ulubioną zabawkę i nie zapomni zabrać jej na spacer czy wyjazd rodzinny. Taką, która będzie brała pod uwagę zdanie własnego dziecka i traktowała go jako małego dorosłego, a jego problemy pomagała mu rozwiązać, a nie bagatelizowała. Taką, która będzie zostawiała swoje dziecko z niechęcią, bo lubi z nim spędzać czas. Taką, która gdy wyjdzie na miasto to będzie zastanawiać się czy wszystko w porządku. Taką, która będzie tęsknić, gdy zostawi je pod opieką innej osoby. I nie chodzi o bycie nadgorliwym, nadopiekuńczym rodzicem, ale takim, który lubi towarzystwo tego małego człowieka.

3. Czy uda mi się wychować je na dobrego człowieka?

Wychowanie jest jednym z najtrudniejszych zadań w życiu człowieka. Nie wszystko zależy od rodziców, ale to oni mają ogromne znaczenie w procesie socjalizacji. To od nas zależy czy nasze dziecko wyniesie odpowiednie wartości z domu. Czy będzie miłe dla innych, z szacunkiem będzie odnosić się do starszych osób, albo będzie w sposób niekulturalny odzywał się do drugiego człowieka i reagował agresją w stresujących sytuacjach. Każdemu rodzicowi powinno zależeć na tym, aby jego dziecko wyniosło z domu wszystko to, co najlepsze. A to wymaga pracy już od pierwszych dni jego życia. Nie łatwej i lekkiej pracy.

To nie są jakieś straszne myśli, ale potrafią obudzić w środku nocy czy zaskoczyć podczas robienia herbaty. To ten typ myśli, który może i nie powoduje dyskomfortu psychicznego, ale sprawia, że chcesz zrobić wszystko, aby największe obawy się nie sprawdziły. Są takim motywatorem, punktem wyjścia, impulsem do działania. I nieważne jak długo będziesz się z nimi rozprawiać, jak wiele sobie wytłumaczysz i posłuchasz innych doświadczonych mam, to one będą wracać jak bumerang, nawet rok czy dwa później, gdy maluch będzie kroczył obok Ciebie.

A czy Wy miałyście takie obawy? 
Są myśli, które powodują, że czasem trudno jest/było zasnąć?
Czytaj dalej »

sobota, 14 lipca 2018

Niebo na własność - Luke Allnutt

Niebo na własność to historia, która pokazuje, że nic nigdy nie jest na zawsze. Rob i Anna poznali się w pubie po egzaminach na studiach. Nikt by nie przypuszczał, że beztroski, pełen optymizmu, chaosu i luzu mężczyzna będzie pasował tak do ułożonej, spokojnej i powściągliwej Anny. A jednak. Już pierwsza wspólna rozmowa sprawiła, że zapragnęli ich jeszcze więcej. Mimo różnic w charakterze, podejściu do życia i planów na przyszłość tworzyli zgraną, piękną parę. Kilka lat po zawarciu małżeństwa postanowili postarać się o dziecko. Nie było to łatwe, ich wspólna droga była usłana cierpieniem, łzami, rozczarowaniem, gdy Anna raz za razem, około trzynastego tygodnia, traciła ich upragnionego Maluszka. Ale nadszedł dzień, kiedy stali się jedną z najszczęśliwszych par na świecie – na świat przyszedł Jack, upragniony, wymarzony, wyczekany syn. Od pierwszych dni życia chłopca robili wszystko, aby miał piękne i bezpieczne dzieciństwo. Sielanka nie trwała zbyt długo. Mały Jack zaczął coraz dziwniej się zachowywać – upadać podczas jazdy na rowerze, bo, jak sam twierdził, dziwnie się poczuł, wywracać na sali zabaw, bo zaczęło mu się kręcić w głowie. Początkowo rodzice podchodzili do tego z lekkim niepokojem, ale szybkie powroty do siebie ich synka sprawiały, że złe myśli dość szybko zastępowała radość z uśmiechu Jacka. Aż do dnia, gdy lekarz postawił diagnozę – guz mózgu.

Powieść Niebo na własność nie jest lekturą łatwą, choć prosto napisaną. Historie o cierpieniu dzieci nigdy nie są przyjemne. Jednak autor nie skupia się tylko i wyłącznie na chorobie Jacka, jego cierpieniu, terapiach, nastrojach. Tego jest tak naprawdę niewiele. W całej historii postawił nie na dziecko, lecz jego rodziców. To, jak radzą sobie z chorobą syna, jak próbują sprostać nowej rzeczywistości, jak oddziałują na nich kolejne słowa lekarza, ale najważniejsze – czy radzą sobie w tym wszystkim wspólnie, czy oddzielnie. Luke Allnutt pokazał, że miłość, pragnienie, rodzina nie są niezniszczalne i nie zawsze są w stanie pokonać wszystko, co spotkają na swojej drodze. Jak łatwo jest popaść w rozpacz, skupić się na tym, co czuje się samemu, bez patrzenia na to, jak radzi sobie ukochana osoba. W życiu każdego człowieka potrzebna jest empatia, bo bez niej trudno o wspólne funkcjonowanie bez większych różnic zdań. U rodziców Jacka właśnie tego uczucia zabrakło – empatii. Każde z nich próbowało uporać się z myślami na swój sposób, co jest dobre, lecz bez rozmów, wspólnej walki, tego samego celu, można łatwo zagubić się gdzieś po drodze i stracić wszystkie wartości, o które starało się przecież tyle lat.

Historia Jacka, Anny i Roba mogłaby być wzruszająca. Mogłaby wywołać morze łez, rozpaczy, buntu i niezrozumienia. Mogłaby wstrząsnąć mną tak, że nie mogłabym się po niej pozbierać. Zwłaszcza, że pod sercem noszę synka, a więc uczucia i emocje głównych bohaterów powinny być mi bliskie, powinnam bardziej się z nimi utożsamiać. Być może znalazłabym w nich część swoich obaw? Jednak nic takiego nie miało miejsca. Niebo na własność miało momenty, kiedy z lekko ściśniętym gardłem śledziłam dalsze losy bohaterów, ale… nic więcej. Zabrakło mi obiecanego ładunku emocjonalnego, szarpnięcia, poczucia bezsilności i niesprawiedliwości. I nie jest to wina samej historii, w końcu guz mózgu nie jest diagnozą, którą każdy z nas pragnie usłyszeć. To sam autor nie dał mi szansy poczuć tego wszystkiego, co chciał, abym poczuła. Jacka poznajemy w dniu jego narodzin, a po chwili przeskakujemy do czasów, kiedy skończył pięć lat. Brakowało mi historii z jego wczesnego dzieciństwa, abym mogła zżyć się z chłopcem, poznać go bliżej, wiedzieć co czuje, co lubi, jakie ma relacje z rodzicami. Na pewno dużo więcej jest wspomniane o relacji syna z ojcem niż z matką, ponieważ udało się rodzicom zaszczepić w dziecku pasję do fotografowania, tak bliską sercu Roba. Jednakże i tu zabrakło mi głębszej więzi. Ponadto autor upodobał sobie częste przeskakiwanie między wspomnieniami bohatera z czasów choroby synka, a rzeczywistością, w której przyszło mu żyć później, co utrudniło mi w odbiorze wczucie się i w jedną, i w drugą historię.

O cierpieniu dzieci i rodziców powstało już bardzo dużo książek. Nie jest to temat nowy, ma już swoje schematy, utarte ścieżki. I nic nie stoi na przeszkodzie, aby kolejni autorzy poruszali te zagadnienia w swojej twórczości. Jednak aby wyróżnić się na tle wszystkich dotychczas wydanych, aby zostać w sercu czytelnika, aby skłonić go do większych refleksji potrzeba czegoś więcej niż samego pomysłu i lekkości pióra. Trzeba umieć zawładnąć emocjami czytelnika, pokazać mu relacje między bohaterami tak, aby nie mógł się z nimi rozstać. A tego mi zabrakło w pozycji Luka Allnutta. Nie była to zła książka, bo czytało się ją szybko i z zaciekawieniem, jednakże z bólem serca stwierdzam, że nie zostanie w mojej głowie zbyt długo.
Czytaj dalej »

piątek, 1 czerwca 2018

Zaślepienie - Aga Lesiewicz

Każdego dnia budzisz się, bierzesz prysznic, jesz w pośpiechu śniadanie, a potem biegniesz na miasto załatwić wszystko, co sobie zaplanowałeś na ten dzień. Praca, spotkania biznesowe, obiad z przyjaciółką, może wieczorne piwo z kumplem. Wszystko toczy się swoim rytmem, tak dobrze ci znanym. Jesteś mniej lub bardziej zadowolony ze swojego życia, ale do tej pory nie działo się nic, co by miało nie pozwolić ci zmrużyć spokojnie oczu. Aż pewnego dnia na twoją skrzynkę mailową przychodzi tajemnicza wiadomość - Odsłona 1. A w niej twoje zdjęcie sprzed kilku lat, zrobione w miejscu, w którym nie powinno nikogo poza Tobą być. A kilka dni później przychodzą kolejne odsłony. Co robisz?

Kristin jest dobrze zapowiadającą się fotografką, która łapie zlecenie za zleceniem. Mieszka w jednej z dzielnic Londynu ze swoim partnerem Antonem, streetartowym artystą. Pewnego dnia otrzymuje maile od anonimowego nadawcy, które zawierają zdjęcia i filmiki wideo z jej przeszłości, żadnych dodatkowych wiadomości tekstowych. Kobieta nie wie kim może być nadawca, ani dlaczego otrzymuje te wszystkie pliki. W jednej chwili traci poczucie bezpieczeństwa, bliskie osoby, a jej życie zaczyna kręcić się wokół tajemniczych Odsłon.

O książce dowiedziałam się z profilu Pauliny Mikuły na Instagramie. Paulina historią przedstawioną przez Agę Lisiewicz była oczarowana. Smaczku dodał fakt, że powieść została napisana przez Polkę po angielsku, a następnie przetłumaczono ją na język polski. Przyznam, że od samego początku byłam jej ciekawa i nie wahałam się ani chwili dłużej - aktywowałam abonament Legimi i pełna wysokich oczekiwań zabrałam się za czytanie.

Początek zapowiadał się interesująco. Czytałam z zapartym tchem ciekawa, co też dalej się wydarzy. Pierwsze rozdziały, choć dotyczyły głównie przedstawienia postaci, ich pracy, wzajemnych relacji i życia, wciągały i nie pozwalały na odłożenie książki na bok. Liczyłam, że cała historia będzie tak wciągająca. Gdzieś mniej więcej w połowie autorka zaczęła rozwlekać całą akcję, dodawała mnóstwo wątków, które za wiele nie wnosiły do historii. Zaczęłam się nudzić. Czytałam, ponieważ byłam ciekawa kto stoi za anonimowymi mailami i dlaczego to robi. Tylko ta ciekawość sprawiła, że doczytałam do końca. Rozwiązanie zagadki było dla mnie lekkim zaskoczeniem, nie udało mi się wszystkiego przewidzieć. Szkoda tylko, że autorka potraktowała je po macoszemu. W porównaniu do rozdziałów, które rozwlekały całą opowieść to rozwiązanie zagadki pędziło na łeb, na szyję. Nim się obejrzałam to w kilka minut poznałam sprawcę całego zamieszania i jego motywy.

Uważam, że Zaślepienie jest książką bardzo nierówną. Rozumiem dopisanie wątków pobocznych, które mają na celu uzupełnienie całości, umożliwienie obrania szerszej perspektywy, ale tutaj sporo było niepotrzebnych. Jak początek był wciągający i wbijający w fotel, tak później czułam się jak na karuzeli. Raz szybko, raz wolno, co denerwowało zamiast wzbudzić większe zainteresowanie. Bohaterom autorka również nie poświeciła odpowiedniego czasu. Jednym dała go więcej, innym, zwłaszcza tym najbardziej ważnym w powieści, dużo mniej. Jaki miała w tym cel? Nie chciała zdradzać zbyt wielu szczegółów z ich życia, aby czytelnik zbyt szybko nie rozwiązał tajemnicy? Trudno powiedzieć, trzeba przekonać się samemu. Co do pomysłu otrzymywania anonimowych wiadomości z zawartością dotyczących przeszłości głównej bohaterki - super! Ubolewam, że wykonanie było słabsze, niż czytam po opiniach innych, ale dla samej tajemnicy warto poświecić kilka wieczór na twórczość Agi Lesiewicz.
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia