środa, 16 stycznia 2019

Nasze małżeństwo - Tayari Jones

O naszym życiu nie zawsze w pełni sami decydujemy, lecz często więcej do powiedzenia ma los czy zbiegi okoliczności. Roy znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Wraz ze swoją żoną Celestial wybrał się do hotelu w rodzinnej miejscowości, w którym kiedyś pracowała jego mama Olive. To właśnie tam chciał z ukochaną wyruszyć w podróż do przeszłości, zaczynając od momentu i miejsca, w którym prawie przyszedł na świat. Sprzeczka z partnerką i wypowiedzenie ich magicznego hasła powstrzymującego rozmowę na piętnaście minut sprawiły, że mężczyzna wyszedł do hotelowego holu, aby ochłonąć i zebrać myśli. W tym czasie pomógł starszej kobiecie donieść lód do jej pokoju, naprawił spłuczkę i zwrócił uwagę na poluzowaną klamkę. Wrócił do żony i wcześniejszej rozmowy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie nagła pobudka w środku nocy i rzucone przez starszą panią oskarżenie. W tym momencie wszystko potoczyło się ekspresowo - areszt, sprawa sądowa i odsiadka. Takie wydarzenia zmieniają ludzi i ich dotychczasowe życie już na zawsze.

"Nasze małżeństwo" to książka, którą trudno mi ocenić. Spędziłam z nią dwa dni, czytając w każdej wolnej chwili. Żyłam tą powieścią i miałam wrażenie, że również życiem bohaterów. Początek bardzo mnie rozczarował, podejrzewałam, że będzie to kolejna pozycja o młodym małżeństwie, które szybko się skończyło z powodu sprzeczek i wielu nieporozumień, być może nawet z powodu jakiejś zdrady. Okazało się, że nieco minęłam się z pomysłem autorki. Tayari Jones stworzyła historię o Afroamerykanach, którzy już ze względu na pochodzenie i kolor skóry nie mają w życiu łatwo. Stereotypy, uprzedzenia, gorsze traktowanie... Według mnie młode małżeństwo od początku nie było silne, w pełni zaangażowane, już bez brania pod uwagę ich pochodzenia, więc wyrok skazujący wystawił ich miłość na dodatkową, cięższą próbę. 

Historię poznajemy z punktu widzenia trzech osób - Roya, Celestial i ich wspólnego przyjaciela Andre. Rozdziały były pisany z perspektywy którejś z tych osób, w międzyczasie poprzeplatane listami pisanymi przez ukochanych. Pomysł na korespondencję więzienną do mnie przemówił i uważam to za jedną z ciekawszych rzeczy w książce. Brakowało mi natomiast dat, albo chociaż lat, w których dany list był pisany. Dzięki niektórym z nich mogłam odnaleźć się w czasie, ale nie zawsze się to udawało. Z drugiej strony Tayari Jones w "Naszym małżeństwie" dała sobie wolną rękę co do "zgrabnego" przeskakiwania w fabule, gdyż jedne listy były pisane na przełomie kilku miesięcy, inne na przełomie lat. I choć główny wątek powieści nieco mnie rozczarował to wątki poboczne uratowały w mojej ocenie powieść. Podobały mi się opisy pracy Celestial, a także wzmianki o rodzicach Roya, którzy są takim typowym przykładem kochającego się małżeństwa, które niezależnie od wydarzeń w życiu, zawsze się wspiera i przetrwa każdą próbę, jaką rzuci im los. Za to niektóre rozdziały mogłyby w ogóle nie istnieć, bo za wiele nie wnosiły do całej historii. Odnosiłam wrażenie, że są taką... zapchajdziurą, aby było coś więcej wspomniane o danym bohaterze.

Autorka pokazała, jak ważna jest rodzina, wsparcie, szczera rozmowa, prawdziwe uczucie. To, że nie warto pochopnie podejmować decyzji o małżeństwie, bo byle nieporozumienie może rozsypać związek, tak jak podmuch wiatru rozsypuje domek z kart. Życie nie zawsze jest usłane różami, nie zawsze będą same dobre momenty. Jest to również książka o dyskryminacji, uprzedzeniach, stereotypach. Pozycja, która pokazuje, że nadal pochodzenie dla wielu ludzi ma ogromne znaczenie i przekłada się to na wydawanie osądów.
Czytaj dalej »

środa, 9 stycznia 2019

Pokój kołysanek - Natasza Socha

Po "Pokój kołysanek" Nataszy Sochy sięgnęłam ze względu na tytuł i okładkę, a nie tylko z powodu opisu. Nawet nie czytałam żadnych opinii na jej temat. Miałam co do niej dobre przeczucia już od początku. Chciałam rok 2018 zakończyć jakąś dobrą powieścią, która wyciśnie mi łzy z oczu i sprawi, że długo o niej nie zapomnę. Czy tak się stało?

W pewnym wieku człowiek myśli już tylko o przeszłości, nie przyszłości. Przychodzi czas na rozliczenie się ze swojego życia i zapewnienie sobie "godnej" śmierci. W takim położeniu znalazł się Joachim, osiemdziesięciopięcioletni staruszek, który postanowił odbyć wolontariat w szpitalu, na oddziale położniczym, jako przytulacz wcześniaków. Początkowo położne nie były zbyt pozytywnie nastawione do tego pomysłu. Gdy zobaczyły, jak noworodki uspokajają się w ramionach mężczyzny i gdy usłyszały, jaką faktycznie moc ma przytulanie - zgodziły się. I tak Joachim kilka razy w tygodniu, z samego rana, przychodził do szpitala, brał na ręce te malutkie i kruche istoty, siadał wygodnie z nimi w fotelu i zaczynał opowiadać - o podróżach, o pracy, o bliskich mu osobach.

"Czułość jest magią. Oswaja największe lęki i ucisza demony. I nawet jeśli wydaje nam się, że dla niektórych dzieci jest już za późno, to ja wiem, że jest inaczej. Każdy potrzebuje bliskości. W każdym wieku."

Przyznam, że sięgnęłam po książkę z nadzieją, że przeczytam więcej o wcześniakach - o powodach, dla których tak szybko przyszli na świat i jak przebiegała ich droga do wyjścia ze szpitala. Zwłaszcza, że takie tematy są mi bliskie. Myślałam, że posada Joachima będzie zaledwie tłem dla powieści. Otrzymałam coś zupełnie innego. Owszem, o wcześniakach trochę jest, ale to one stanowią tło, a nie staruszek. "Pokój kołysanek" jest zapisem historii życia Joachima, bowiem to on, wbrew oczekiwaniom, jest głównym bohaterem książki. Biorąc kruche maluszki w ramiona rozlicza się ze swoją przeszłością. Opowiada im o swoim życiu jednocześnie zastanawiając się czy aby na pewno kiedyś podjął dobrą decyzje.

Choć otrzymałam coś odwrotnego od tego, czego oczekiwałam to wcale nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Historia, którą przedstawiła Nataszę Socha okazała się dużo ciekawsza. Książka wciągnęła mnie od samego początku i to tak bardzo, że czytając ją podczas smażenia naleśników, mało nie wysadziłam kuchni. ;) Napisana prostym językiem, ale nie pozbawionym emocji. Można rzec, że emocje wylewały się z każdej strony - mniej lub bardziej. "Pokój kołysanek" chwyta za serce, wyciska łzy, porusza strunami, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Książka bardzo refleksyjna, pod wpływem której aż chce się być lepszym człowiekiem.

Każdy z wątków w tej pozycji był ciekawy, wciągający. Ale to ten z kawą był chyba najciekawszy, który wprowadzał trochę świeżości do całości. Z ogromnym zainteresowaniem czytałam fragment o tym, jak powstają te robiące wrażenie rysunki na kawie. I wątek Koralików, który czytałam z zapartym tchem. Postacie dobrze wykreowane, każda wyróżniająca się na tle innych. Nawet tym, które nie wysuwały się na pierwszy plan, autorka poświeciła dużo uwagi, aby były rzeczywiste. Pisarka skupiła się na drobiazgach, ale tylko tam, gdzie było to korzystne dla historii.

"Pokój kołysanek" Nataszy Sochy to powieść o tęsknocie, spełnianiu marzeń, dokonywaniu wyborów, o tym jak ważne jest przytulanie i dbanie o siebie nawzajem. Książka ta pokazuje, że nie warto unosić się dumą, zwłaszcza gdy w grę wchodzą emocje, a nawet miłość. Pozycja, która porusza do głębi. Gdy zbliżałam się do końca to starałam się czytać coraz wolniej. Mimo że byłam ciekawa zakończenia to nie chciałam się rozstać z bohaterami. Ostatnie zdanie książki sprawiło, że miałam łzy w oczach. Jak to już koniec!? Pozycja Nataszy Sochy była najlepszą, jaką było mi dane przeczytać w 2018 roku i trafia wysoko na liście moich ulubionych.
Czytaj dalej »

środa, 2 stycznia 2019

Bob. Przyjaźń to magia, która nie przemija - Rebecca Stead, Wendy Mass

Bob nie wie kim jest i w jaki sposób pojawił się na tym świecie. Ale jedno wie na pewno - pięć lat temu spędził wspaniałe lato z Livy, z dziewczynką, która obiecała niedługo wrócić i pomóc mu odnaleźć jego dom. A on czeka. Przez cały czas siedzi w starej szafie w nadziei, że w każdej chwili drzwi uchyli jego ukochana przyjaciółka. I po pięciu latach wróciła. Rzecz w tym, że Olivia nie pamięta prawie nic z poprzedniej wizyty. Pionek szachowy? Słoń? O czym oni wszyscy mówią? Wszystko zaczyna powoli się wyjaśniać, gdy w szafie znajduje zielonego stworka w przebraniu kurczaka, który twierdzi, że są najlepszymi przyjaciółmi i teraz musi pomóc mu wrócić do jego prawdziwego domu. I choć dziewczyna nic sobie nie przypomina na ten temat to postanawia dotrzymać danego pięć lat temu słowa.

Autorki stworzyły niesamowitą powieść dla dzieci o sile przyjaźni, lojalności, wrażliwości. Historię, która uczy młodych wzajemnej pomocy i że należy dotrzymywać danego słowa. Napisana prostym językiem, bez zbędnych metafor, więc młody czytelnik nie będzie miał problemów ze zrozumieniem przekazu. Dodatkowo w książce znajdują się ilustracje przedstawiające Livy, Boba i ich przygody, zachowane w ciepłej, brązowej tonacji. Idealnie pasują do okładki, tworząc spójną całość, a do tego pomagają dziecku wyobrazić sobie, jak ów dziwny zielony stworek w przebraniu kurczaka może tak naprawdę wyglądać. "Bob. Przyjaźń to magia, która nie przemija" to książka skierowana głównie do młodszych czytelników, ale również dorosły będzie się świetnie przy jej czytaniu bawił. Pochłonęłam ją w dwa wieczory i żałowałam, że nie ma kontynuacji. Na pewno powtórzę czytanie, gdy mój synek podrośnie i będzie w stanie więcej zrozumieć.

Historia przyjaźni miedzy dziewczynką a "niewidzialnym" stworkiem wzrusza, bawi, uczy. Może być opowieścią wykorzystywaną w bajkoterapii, a także pomocą przy oswojeniu się z obecnością niewidzialnego przyjaciela własnego dziecka. Rebecca Stead i Wendy Mass skupiły się nie tylko na samych przygodach bohaterów, ale także nazwały uczucia, jakie towarzyszyły Bobowi i Livy, co jest dobre w rozwijaniu kompetencji emocjonalnych i społecznych młodego człowieka. Wiele osób ma trudności z nazywaniem uczuć i emocji, które odczuwają, a co za tym idzie niełatwo im się z nimi uporać. Na przykładzie bohaterów z tej powieści dzieci będą mogły dostrzec podobieństwo do swojego życia i zachowań, jednocześnie znajdując rozwiązania swoich problemów. Powyższa opowieść jest nie tylko wspaniałą przygodą, ale również nauką. Historia Boba i Livy raczej nie zdetronizuje klasycznego już "Kubusia Puchatka", tak jak twierdzą pierwsi recenzenci, ale ma szanse również zawładnąć sercami czytelników.
Czytaj dalej »

wtorek, 6 listopada 2018

Błękit - Maja Lunde

Książki Mai Lunde ostatnimi czasy zdobywają coraz większą popularność w naszym kraju. I słusznie, bo poruszają bardzo ważne tematy, którym na co dzień mało kto poświęca choć odrobinę uwagi. W przypadku "Historii pszczół" autorka porusza zagadnienie wymierania pszczół, konsekwencje ich zaniedbywania i pokazuje jak będzie wyglądało życie człowieka, gdy ich całkowicie zabraknie. W przypadku "Błękitu" zmierza się z problemem marnowania wody, której jest przecież coraz mniej na świecie. Żyjemy tu i teraz, bez głębszej refleksji nad przyszłością. Nie zastanawiamy się czy będziemy mieli co pić za kilka lat, a także jak będzie wyglądało życie naszych dzieci czy wnuków, gdy będziemy dalej tak beztrosko postępować. Mnie wizja autorki w przypadku tej powieści wystraszyła nawet bardziej, niż ta dotycząca życia bez pszczół.

Norwegia, rok 2017. Signe, mimo odżywających wspomnień o młodzieńczej miłości, przybywa po latach do rodzinnych stron, gdzie jako nastolatka walczyła o przetrwanie dzikiej natury. Nie potrafi pogodzić się z tym, z jaką łatwością ludzie niszczą naturalne środowisko, wykorzystując je do napędzania elektrowni wodnej. W ten sposób nie ma śladu już po rzece Breio, wzgórzach czy wodospadach Dwie Siostry. Pozostał tylko lodowiec, który w niedalekiej przyszłości również przestanie istnieć za sprawą beztroski ludzi, którzy na jego podstawie stworzyli dochodowy biznes. Kobieta postanawia ostatni raz zawalczyć o tak bliską jej naturę, a wykorzysta do tego swój ukochany jacht - Błękit.

Francja, rok 2041. Kontynent trawi susza. Podczas pożaru David wraz z żoną i dziećmi zmuszeni są porzucić dotychczasowe życie i uciekać jak najdalej od domu. Podczas ucieczki ogień rozdziela rodzinę. David wraz z jedenastoletnią córką Lou zatrzymuje się w jednym z obozów dla uchodźców, gdzie próbuje zdobyć informacje o żonie i synku, a także przeczekać ten gorszy czas. To właśnie ten obóz staje się ich nowym domem, gdzie czekają na dobre wieści i choć odrobinę deszczu. Pewnego dnia, przy opuszczonym w pobliżu obozu domu, znajdują ukrytą pod płachtami żaglówkę, która to staje się ich małym promykiem nadziei.

Woda jest stale obecna w naszym życiu. Przyzwyczailiśmy się, że mamy jej wręcz pod dostatkiem. Gdy ją mamy to nieczęsto doceniamy, marnujemy, w żaden sposób nie oszczędzamy. Bo jak można inaczej nazwać wylewanie wody z czajnika przed przyrządzeniem kawy, bo przecież najsmaczniejsza jest tylko ta świeżo zagotowana i koniecznie tylko raz? Albo odkręcony kran z wodą, gdy myjemy zęby lub namydlamy dłonie? Takich przypadków marnowania wody jest wiele i człowiek nie zdaje sobie sprawy, że tej pitnej mamy coraz mniej. Dopiero gdy zaczyna brakować to zauważamy problem. Przez nasze bezrefleksyjne jej wykorzystywanie każdego dnia zbliżamy się do wielkiej suszy. Autorka postanowiła uświadomić czytelników tworząc historię z niezbyt pozytywną wizją. I to wcale nie taką odrealnioną jakby się mogło wydawać.

Maja Lunde w porównaniu do "Historii pszczół" tym razem skupiła się tylko na dwóch głównych wątkach, dwóch okresach, dwóch rodzinach, a nie jak wcześniej na trzech. Choć powieść jest mniejsza objętościowo od swojej poprzedniczki to pod względem treści wypada nawet korzystniej. Książki autorki poruszają bardzo ważne aspekty związane z naturą, wpisując się w nurt literatury ekologicznej. Co ważne, autorka nie narzuca nikomu swojego stanowiska, nie poucza, nie umoralnia. Przedstawia swoją wizję przyszłości dając czytelnikowi szerokie pole do refleksji. Proza bardzo dojrzała, a przy tym łatwa w odbiorze, z ciekawym wątkiem obyczajowym. Nigdy nie sądziłam, że będę zaczytywać się w tego typu książkach, ale jestem przekonana, że przeczytam wszystkie pozycje, jakie ta autorka wyda i zostaną u nas przetłumaczone. Jej powieści skłaniają do wielu refleksji i na długo pozostają w głowie, naturalnie wywołując u mnie chęć zmian.
Czytaj dalej »

czwartek, 25 października 2018

Historia pszczół - Maja Lunde

Pszczoły to takie małe, żółto-czarne owady, które choć człowiekowi same krzywdy nie zrobią, to wywołują ataki paniki. Często mylone z osami, nie kojarzą się większości zbyt przyjemnie. A szkoda, bo to bardzo pracowite i pożyteczne owady. Pokuszę się o stwierdzenie, że każdy wie, że to one są odpowiedzialne za miód, którym tak bardzo człowiek lubi słodzić wodę czy herbatę. Czy zastanawialiście się kiedyś, co by było, gdyby nagle ich zabrakło? Kto byłby odpowiedzialny za zapylanie kwiatów, kto produkowałby pyszny złoty płyn? Czy brak pszczół to aż taka tragedia, jakby się mogło wydawać?

Tajemnicze wymieranie pszczół stało się globalnym problemem, na podstawie którego autorka stworzyła powieść. Anglia, rok 1857. Wiliam zafascynowany obserwacjami chciał dokonać czegoś wielkiego, zasłynąć, rozwinąć skrzydła jako naukowiec. Jednak rzeczywistość szybciej go dopadła - żona, dzieci, praca w sklepie z nasionami. To wszystko sprawiło, że pasja obserwacji musiała odejść na bok. A to miało swoje poważne konsekwencje dla niego samego i jego rodziny. Stany Zjednoczone, rok 2007. George'a od wielu lat fascynują pszczoły i hodowla uli. Kontynuuje rodzinną tradycję i rozwija swoją farmę, aby kiedyś ten interes przekazać synowi. Nie potrafi jednak pogodzić się z faktem, że marzenia jego syna są tak bardzo odmienne od jego. Chiny, rok 2098. Tao wraz z innymi mieszkańcami, również dziećmi, każdego dnia przychodzi do sadu i wykonuje swoją pracę. Jako jedyni opracowali system zapylania kwiatów, który był konieczny po globalnej katastrofie. Jest przerażona, że jej ukochany syn już niedługo przestanie być dzieckiem, a zacznie być częścią tego systemu. Natomiast nie jest świadoma, że ona i jej rodzina odegrają nieco inną rolę, niż przypuszczała.

Maja Lunde stworzyła powieść wielopokoleniową, która porusza do głębi. Trzy różne okresy, trzy odmienne miejsca, trzy rodziny. Na pozór tak bardzo do siebie niepodobne, a w rzeczywistości bardzo spójne. Przez większość książki zastanawiałam się dlaczego autorka nie stworzyła trzech odrębnych powieści bądź opowiadań, a umieściła trzy przeróżne historie w jednej pozycji. Zaczęło mnie to nawet lekko irytować. Jednakże gdzieś od połowy wszystko pięknie się ze sobą zazębia, łączy w jedną logiczną całość. Brawo! Dzięki temu zabiegowi możemy poznać przyczyny i skutki katastrofy, z punktu widzenia ludzi, którzy żyli w danym okresie i jaki to ma wpływ na przyszłość ludzkości.

Nic dziwnego, że autorka została doceniona w wielu krajach. Stworzyła nietuzinkowe postacie, każdej z nich poświęciła dużo czasu w powieści, aby czytelnik mógł dokładnie ich poznać, zrozumieć postępowanie, rozszyfrować myśli. Opisy bardzo plastyczne, wiarygodne, dzięki czemu czułam się częścią "Historii pszczół". Tematyka choć na pozór błaha, okazała się być bardzo ważna, dająca dużo do myślenia. Książka wywołuje multum refleksji nie tylko po przeczytaniu całości, ale już w trakcie. I choć nigdy do tej pory nie interesowałam się jakoś specjalnie życiem pszczół to teraz zaczęłam patrzeć na nie bardziej życzliwie i je oszczędzać. Dzięki tej powieści zmniejszyłam nawet swój lęk przed tymi owadami, za co jestem autorce bardzo wdzięczna!
Czytaj dalej »

poniedziałek, 15 października 2018

W żywe oczy - JP Delaney

Ciąża potrafi doskwierać, zwłaszcza w ostatnich tygodniach. Czekając na synka starałam się zająć czymś myśli, aby nie czuć za bardzo bólu. Szukałam książki, która wciągnie mnie i sprawi, że będę chciała poznać jej zakończenie tego samego dnia. Tak trafiłam na "W żywe oczy" JP Delaney'a. Thrillery psychologiczne nieczęsto goszczą na mojej półce, bo mam problem ze znalezieniem tych godnych uwagi. A jak było w przypadku powyższego?

Claire potrafi kłamać po mistrzowsku. Do tego ma problemy z opłaceniem czynszu, ambicje aktorskie i brak zielonej karty. Pełna determinacji znajduje sobie pracę jako testerka wierności. Na zlecenie firmy prawniczej demaskuje mężczyzn, dostarczając żonom dowody ich zdrady. Zasady są proste - wszelkie propozycje muszą wyjść od nich. Jest w tym świetna. Pewnego dnia kobieta  otrzymuje nowe zlecenie, zupełnie inne od poprzednich. Już samo to, że zleceniodawca chce poznać kobietę wydaje jej się lekko podejrzane. Mimo wielu wątpliwości z obu stron, Claire podejmuje się tego zadania. Tak poznaje Patricka Foglera, wykładowcę na Uniwersytecie w Columbii, zafascynowanego Baudelairem. W tej chwili jej życie diametralnie sie zmienia.

Ogromny plus dla autora za stworzenie nietuzinkowej historii. Na podziw zasługuje to, jak zawiłą opowieść uwikłał, jak pomieszał wydarzeniami, jak wyprowadził czytelnika w pole, że aż do końca trudno było odgadnąć, jaka była prawda. Podziwiam, że sam nie zgubił się w tych wszystkich zawiłościach historii. Na plus również zasługuje wykorzystanie poezji Baudelaire'a, która szokuje po dziś dzień. Opieranie na niej wydarzeń sprawiło, że zechciałam dokładniej poznać twórczość tego poety, a z poezją nigdy nie było mi po drodze. Podobały mi się również wstawki dotyczące życia Claire, głównie jej studiowania. Zajęcia teatralne były bardzo ciekawe, a dokładne rozpisanie  zadań dało wrażenie, jakby się samemu siedziało i ćwiczyło z pozostałymi studentami. I choć aktorstwo wciąż przewijało się w "W żywych oczach" to bardzo irytowały mnie wstawki, które miały naśladować scenariusz teatralny. Zabieg na pewno niecodzienny, ale według mnie zbędny. Wybijał z rytmu czytania i sprawiał, że niekiedy gubiłam się, o co tak naprawdę w danej chwili chodzi. Trochę przerost formy nad treścią, aczkolwiek gdzieś od połowy historii można było już się do tego przyzwyczaić.

Gdy zaczyna szwankować zaufanie to sypie się wszystko. Począwszy od relacji, a skończywszy na poczuciu własnej wartości i pewności siebie. Stworzenie thrilleru na podstawie zaufania to strzał w dziesiątkę. "W żywe oczy" to książka, która podzieliła czytelników na dwa obozy. Powieść się albo lubi, albo nie. Moje stanowisko jest gdzieś po środku. Choć thriller ma kilka niedociągnięć to koniec końców szybko go przeczytałam, dobrze się przy nim bawiłam i udało mi się oderwać od rzeczywistości. 
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia