czwartek, 7 lutego 2019

Iskra światła - Jodi Picoult

Jodi Picoult to autorka, po której książki sięgam w ciemno. Nawet nie czytam opisu na stronie wydawnictwa, ponieważ nie chcę psuć sobie przyjemności z poznawania lektury. A, że autorkę uwielbiam i jeszcze mnie żadną swoją historią nie zawiodła, to wiem, że mogę tak zrobić. Dokładnie tak samo było w przypadku "Iskry światła", najnowszej pozycji wydanej nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka. Gdy do mnie dotarła, wieczorem położyłam synka spać, wygodnie rozsiadłam się na łóżku i... przepadłam.

Historia ma miejsce w klinice dla kobiet, w której wsparcie dostanie każda kobieta w potrzebie. Jak każdego dnia, lekarze i pielęgniarki mają tam bardzo dużo pracy, ponieważ to jeden z nielicznych ośrodków, który jeszcze funkcjonuje i którego demonstranci nagminnie oblegają. I to właśnie w taki dzień, gdy od rana nie wiadomo w co ręce włożyć, do kliniki wpada mężczyzna, który zaczyna krzyczeć i strzelać. Na miejsce dociera negocjator Hugh McElroy, przygotowuje się do pracy zabezpieczając teren i zbierając informacje o napastniku. I nagle dostaje wiadomość, przez którą ta sprawa nabiera osobistego znaczenia.

"Wszystko zależy od okoliczności. Czasem wyboru trzeba dokonać wbrew sobie, z konieczności. Na tym polega honor."

Jodi Picoult stworzyła powieść, która pokazuje, że nic nie jest albo tylko czarne, albo tylko białe. Podjęła się tematu, który porusza do głębi i wzbudza kontrowersje w wielu krajach, także w Polsce. Aborcja, bo o niej w tej książce mowa, jest zamierzonym zakończeniem ciąży za pomocą działań zewnętrznych - tabletek, bądź zabiegu, efektem czego jest śmierć płodu lub zarodka. I choć może być legalna na przykład z powodu gwałtu lub zagrożenia życia matki, to mimo wszystko znajdą się osoby, które wiedzą lepiej, co jest właściwe dla nienarodzonego dziecka.

W powieści znajdziemy bardzo dobrze wykreowane postacie, tak bardzo różne od siebie, reprezentujące odmienne stanowiska. Mamy tu między innymi pielęgniarkę, która mimo paraliżującego strachu stara się pomóc wszystkim potrzebującym podczas ataku; lekarza, który wykonuje swoją pracę w imię wiary; obrończynię życia, która znalazła się w klinice pod przykrywką w celu zdemaskowania lekarzy; młodą dziewczynę pragnącą usunąć ciążę i drugą, która przyszła po tabletki antykoncepcyjne, aby nie musieć w przyszłości podejmować takiej decyzji, jak część pacjentek Ośrodka. Do tego napastnika, George'a, który mści się na pracownikach i pacjentach za krzywdy, które go spotkały, a także negocjatora Hugh McElroy'a, jednego z najlepszych w swoim fachu, dla którego cała sprawa zaczęła mieć osobisty wymiar.

Autorka odważyła się na poruszenie trudnego tematu w sposób bardzo obiektywny. Czytając powieść trudno odgadnąć, jakie dokładnie stanowisko wobec aborcji zajmuje. W "Iskrze światła" przedstawiła kilka punktów widzenia. Każda z postaci miała swoje argumenty i swoje powody, dla których trzymały się takiego, a nie innego poglądu na przerwanie ciąży. Stopniowo odkrywa karty za pomocą akcji prowadzonej "wstecz", ale bez obaw - punkt kulminacyjny znajduje się na właściwym miejscu. Nieczęsto spotykam się z takim zabiegiem literackim. Choć początkowo sprawiło mi to nieco kłopotu, aby się odnaleźć w fabule, tak teraz uważam, że był to strzał w dziesiątkę. Stopniowe zgłębianie się w przeszłość sprawia, że poznajemy dokładne stanowisko i motywy bohaterów, zapominając o naszych wcześniejszych osądach i nie skupiając się na niczym innym, tylko na postaciach.

"Iskra światła" jest książką napisaną prostym językiem, zawierającą dużo treści, ale oszczędną w słowach. Ta historia aż krzyczy do czytelnika, aby nie pozwolić sobie na osądzanie innych bez poznania przyczyn ich postępowania. Nie powinno się mierzyć wszystkich jedną miarą, bo może się okazać, że prawda wygląda zupełnie inaczej, niż się początkowo wydawało. I choć mam wrażenie, że o aborcji zostało powiedziane już naprawdę dużo, to autorka pokazuje, że to wciąż ważny i trudny temat, nad którym warto czasem się trochę pochylić i odnieść do niego obiektywnie.

Powieść nie zmieniła mojego myślenia o aborcji, ani nie sprawiła, że zaczęłam żywić jakiekolwiek negatywne uczucia wobec reprezentantów którejś z grup. Nie należy również do moich ulubionych pozycji w dorobku autorki. Jednakże uważam, że Jodi Picoult stworzyła historię, po którą powinno sięgnąć jak najwięcej ludzi. Otwiera oczy, uświadamia, a także pomaga uporządkować swoje stanowisko. Wywołuje refleksje i może być punktem zaczepienia w wyrobieniu sobie swojej własnej opinii, gdy się jeszcze jej nie ma. Jak najbardziej polecam.
Czytaj dalej »

czwartek, 24 stycznia 2019

Hanna Kowalewska - Zanim odfrunę

Tekst może zawierać spoilery części pierwszej - "Tam, gdzie nie sięga już cień"!

Gdy usłyszałam, że Hanna Kowalewska napisała drugi tom cyklu o Jantarni to wiedziałam, że obowiązkowo będę musiała po nią sięgnąć. "Tam, gdzie nie sięga już cień" spodobało mi się tak bardzo, że żałowałam, że nie ma kontynuacji. Miałam ochotę przeczytać ją nawet drugi raz. Trochę żałuję, że nie zrobiłam tego jednak chwilę przed sięgnięciem po "Zanim odfrunę", bo na początku bardzo gubiłam się kto jest dla kogo kim i co komu takiego zrobił, że żywią do siebie takie, a nie inne uczucia. Jednak z każdą kolejną stroną przypominałam sobie coraz więcej. I coraz bardziej wciągałam się w historie ludzi z nadmorskiego miasteczka.

Inka po pogrzebie ciotki Berty wróciła czym prędzej do Warszawy. Wyjeżdżając obiecała sobie, że wróci tam za tydzień lub dwa. Nie wróciła. Mijały miesiące, a ona nie potrafiła znaleźć w sobie sił, aby zmierzyć się z przeszłością, którą tak skutecznie przez wiele lat ukrywali jej bliscy i mieszkańcy Jantarni. Wyjeżdżając zabrała z domu na Słonecznej tylko jedną rzecz - szkatułkę z listami. Długi czas do niej nie zaglądała, ale nadszedł moment, aby przypomnieć sobie wszystko to, o czym tak bardzo jej bliscy nie chcieli, aby pamiętała. Czas, aby poznać bliżej historię życia mamy, która zmarła dwadzieścia lat temu. Tylko czy jej się to uda, gdy na drodze stoi wiele przeciwności, a Jantarnia wcale nie jest jej przychylna?

Proza Hanny Kowalewskiej porusza do głębi. Pięknie obrazuje to, co miała w wyobraźni sama autorka. Skutecznie wciąga czytelnika do środka i nie pozwala opuścić życia bohaterów. Wszystko wydaje się takie rzeczywiste, namacalne i niejednoznaczne. Bohaterowie są plastyczni, wyjątkowi, każdy z własnym temperamentem. Każdy oryginalny i zapadający w pamięć, gdzie nie sposób przejść obok nich obojętnie. I każdy z nich rości sobie prawa do decydowania o życiu Inki. Hanna Kowalewska stworzyła postacie, które nie są ani czarne, ani białe. Trudno określić czy wzbudzają tylko pozytywne bądź tylko negatywne uczucia. Z każdą kolejną stroną bohaterowie budzili we mnie inne, nierzadko skrajne emocje. Pisarka sprawiła, że poznajemy ich samych i uczucia, jakie żywią do pozostałych bohaterów za sprawą nie tylko chwili obecnej, ale również retrospekcji. I to właśnie one w pewien sposób miały ułatwić czytelnikowi bliższe poznanie wielu historii, a jeszcze bardziej skomplikowały ogląd na sporo kwestii. Kreacja postaci to zdecydowanie jeden z wielu plusów powieści, dla której warto ją przeczytać. I wbrew pozorom to nie główna bohaterka jest moją ulubioną, lecz Weronika. Za to, że była ponad tym wszystkim, co działo się w miasteczku. Za to, że miała otwarte serce dla istot, które nie wzbudzają takiego zainteresowania, jak małomiasteczkowe ploteczki. I również za to, że do samego końca postępowała zgodnie z własnym sumieniem.

Na plus jest również forma, w jakiej główna bohaterka powieści poznaje myśli i uczucia dawno zmarłej matki. To, kto i w jaki sposób serwuje jej te informacje, również wzbudza w czytelniku wiele emocji. I sprawia, że czyta się każdą kolejną stronę z zapartym tchem. Choć nie rozumiałam do końca relacji Inki z tą osobą to muszę przyznać, że zgłębiałam się w nią z niemałym zainteresowaniem. Osią całej powieści jest właśnie Inka, która próbuje poznać prawdę o życiu Monki, ale nie tylko im Hanna Kowalewska poświeciła dużo uwagi. Dzięki wcześniej wspomnianym retrospekcjom, a także dążeniu dziewczyny do poznania prawdy, mamy okazję zagłębić się w życie innych osób. Poznać ich przeszłość, pobudki i motywy zachowania, spróbować ich zrozumieć i dojść do tego, jaki to wszystko miało wpływ na życie w Jantarni.

Trudno jest mi opisać drugi tom cyklu o Jantarni. Wzbudza we mnie chaos, który trudno ujarzmić. "Zanim odfrunę" jest książką skomplikowaną, która wciąga od pierwszej strony i nie pozwala się od niej oderwać aż nie przeczyta się ostatniego zdania. Mnogość wątków, znanych motywów ale pokazanych w nieco inny sposób, złożoność postaci i ich wzajemnych relacji... Tej pozycji nie da się sklasyfikować, a także opisać tak, aby nie zdradzać szczegółów. Fabułę trzeba samemu poznać, wejść w życie małego nadmorskiego miasteczka, poznać losy bohaterów, ich tajemnice, bardzo interesującą przeszłość. I choć jest to tom drugi i lepiej by było przeczytać najpierw "Tam, gdzie nie sięga już cień", to "Zanim odfrunę" może stanowić samodzielną, oddzielną powieść. Tu autorka skupiła się bardziej na przeszłości bohaterów, która owszem, ma bardzo duży wpływ na teraźniejszość, o której więcej mowy jest w tomie pierwszym, ale i w tomie drugim co nieco jest o niej wspomniane. Jednakże osobiście polecam przeczytać od pierwszej części, chociażby ze względu na prozę Hanny Kowalewskiej, która jest po prostu piękna.
Czytaj dalej »

środa, 16 stycznia 2019

Nasze małżeństwo - Tayari Jones

O naszym życiu nie zawsze w pełni sami decydujemy, lecz często więcej do powiedzenia ma los czy zbiegi okoliczności. Roy znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie. Wraz ze swoją żoną Celestial wybrał się do hotelu w rodzinnej miejscowości, w którym kiedyś pracowała jego mama Olive. To właśnie tam chciał z ukochaną wyruszyć w podróż do przeszłości, zaczynając od momentu i miejsca, w którym prawie przyszedł na świat. Sprzeczka z partnerką i wypowiedzenie ich magicznego hasła powstrzymującego rozmowę na piętnaście minut sprawiły, że mężczyzna wyszedł do hotelowego holu, aby ochłonąć i zebrać myśli. W tym czasie pomógł starszej kobiecie donieść lód do jej pokoju, naprawił spłuczkę i zwrócił uwagę na poluzowaną klamkę. Wrócił do żony i wcześniejszej rozmowy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie nagła pobudka w środku nocy i rzucone przez starszą panią oskarżenie. W tym momencie wszystko potoczyło się ekspresowo - areszt, sprawa sądowa i odsiadka. Takie wydarzenia zmieniają ludzi i ich dotychczasowe życie już na zawsze.

"Nasze małżeństwo" to książka, którą trudno mi ocenić. Spędziłam z nią dwa dni, czytając w każdej wolnej chwili. Żyłam tą powieścią i miałam wrażenie, że również życiem bohaterów. Początek bardzo mnie rozczarował, podejrzewałam, że będzie to kolejna pozycja o młodym małżeństwie, które szybko się skończyło z powodu sprzeczek i wielu nieporozumień, być może nawet z powodu jakiejś zdrady. Okazało się, że nieco minęłam się z pomysłem autorki. Tayari Jones stworzyła historię o Afroamerykanach, którzy już ze względu na pochodzenie i kolor skóry nie mają w życiu łatwo. Stereotypy, uprzedzenia, gorsze traktowanie... Według mnie młode małżeństwo od początku nie było silne, w pełni zaangażowane, już bez brania pod uwagę ich pochodzenia, więc wyrok skazujący wystawił ich miłość na dodatkową, cięższą próbę. 

Historię poznajemy z punktu widzenia trzech osób - Roya, Celestial i ich wspólnego przyjaciela Andre. Rozdziały były pisany z perspektywy którejś z tych osób, w międzyczasie poprzeplatane listami pisanymi przez ukochanych. Pomysł na korespondencję więzienną do mnie przemówił i uważam to za jedną z ciekawszych rzeczy w książce. Brakowało mi natomiast dat, albo chociaż lat, w których dany list był pisany. Dzięki niektórym z nich mogłam odnaleźć się w czasie, ale nie zawsze się to udawało. Z drugiej strony Tayari Jones w "Naszym małżeństwie" dała sobie wolną rękę co do "zgrabnego" przeskakiwania w fabule, gdyż jedne listy były pisane na przełomie kilku miesięcy, inne na przełomie lat. I choć główny wątek powieści nieco mnie rozczarował to wątki poboczne uratowały w mojej ocenie powieść. Podobały mi się opisy pracy Celestial, a także wzmianki o rodzicach Roya, którzy są takim typowym przykładem kochającego się małżeństwa, które niezależnie od wydarzeń w życiu, zawsze się wspiera i przetrwa każdą próbę, jaką rzuci im los. Za to niektóre rozdziały mogłyby w ogóle nie istnieć, bo za wiele nie wnosiły do całej historii. Odnosiłam wrażenie, że są taką... zapchajdziurą, aby było coś więcej wspomniane o danym bohaterze.

Autorka pokazała, jak ważna jest rodzina, wsparcie, szczera rozmowa, prawdziwe uczucie. To, że nie warto pochopnie podejmować decyzji o małżeństwie, bo byle nieporozumienie może rozsypać związek, tak jak podmuch wiatru rozsypuje domek z kart. Życie nie zawsze jest usłane różami, nie zawsze będą same dobre momenty. Jest to również książka o dyskryminacji, uprzedzeniach, stereotypach. Pozycja, która pokazuje, że nadal pochodzenie dla wielu ludzi ma ogromne znaczenie i przekłada się to na wydawanie osądów.
Czytaj dalej »

środa, 9 stycznia 2019

Pokój kołysanek - Natasza Socha

Po "Pokój kołysanek" Nataszy Sochy sięgnęłam ze względu na tytuł i okładkę, a nie tylko z powodu opisu. Nawet nie czytałam żadnych opinii na jej temat. Miałam co do niej dobre przeczucia już od początku. Chciałam rok 2018 zakończyć jakąś dobrą powieścią, która wyciśnie mi łzy z oczu i sprawi, że długo o niej nie zapomnę. Czy tak się stało?

W pewnym wieku człowiek myśli już tylko o przeszłości, nie przyszłości. Przychodzi czas na rozliczenie się ze swojego życia i zapewnienie sobie "godnej" śmierci. W takim położeniu znalazł się Joachim, osiemdziesięciopięcioletni staruszek, który postanowił odbyć wolontariat w szpitalu, na oddziale położniczym, jako przytulacz wcześniaków. Początkowo położne nie były zbyt pozytywnie nastawione do tego pomysłu. Gdy zobaczyły, jak noworodki uspokajają się w ramionach mężczyzny i gdy usłyszały, jaką faktycznie moc ma przytulanie - zgodziły się. I tak Joachim kilka razy w tygodniu, z samego rana, przychodził do szpitala, brał na ręce te malutkie i kruche istoty, siadał wygodnie z nimi w fotelu i zaczynał opowiadać - o podróżach, o pracy, o bliskich mu osobach.

"Czułość jest magią. Oswaja największe lęki i ucisza demony. I nawet jeśli wydaje nam się, że dla niektórych dzieci jest już za późno, to ja wiem, że jest inaczej. Każdy potrzebuje bliskości. W każdym wieku."

Przyznam, że sięgnęłam po książkę z nadzieją, że przeczytam więcej o wcześniakach - o powodach, dla których tak szybko przyszli na świat i jak przebiegała ich droga do wyjścia ze szpitala. Zwłaszcza, że takie tematy są mi bliskie. Myślałam, że posada Joachima będzie zaledwie tłem dla powieści. Otrzymałam coś zupełnie innego. Owszem, o wcześniakach trochę jest, ale to one stanowią tło, a nie staruszek. "Pokój kołysanek" jest zapisem historii życia Joachima, bowiem to on, wbrew oczekiwaniom, jest głównym bohaterem książki. Biorąc kruche maluszki w ramiona rozlicza się ze swoją przeszłością. Opowiada im o swoim życiu jednocześnie zastanawiając się czy aby na pewno kiedyś podjął dobrą decyzje.

Choć otrzymałam coś odwrotnego od tego, czego oczekiwałam to wcale nie żałuję, że po nią sięgnęłam. Historia, którą przedstawiła Nataszę Socha okazała się dużo ciekawsza. Książka wciągnęła mnie od samego początku i to tak bardzo, że czytając ją podczas smażenia naleśników, mało nie wysadziłam kuchni. ;) Napisana prostym językiem, ale nie pozbawionym emocji. Można rzec, że emocje wylewały się z każdej strony - mniej lub bardziej. "Pokój kołysanek" chwyta za serce, wyciska łzy, porusza strunami, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Książka bardzo refleksyjna, pod wpływem której aż chce się być lepszym człowiekiem.

Każdy z wątków w tej pozycji był ciekawy, wciągający. Ale to ten z kawą był chyba najciekawszy, który wprowadzał trochę świeżości do całości. Z ogromnym zainteresowaniem czytałam fragment o tym, jak powstają te robiące wrażenie rysunki na kawie. I wątek Koralików, który czytałam z zapartym tchem. Postacie dobrze wykreowane, każda wyróżniająca się na tle innych. Nawet tym, które nie wysuwały się na pierwszy plan, autorka poświeciła dużo uwagi, aby były rzeczywiste. Pisarka skupiła się na drobiazgach, ale tylko tam, gdzie było to korzystne dla historii.

"Pokój kołysanek" Nataszy Sochy to powieść o tęsknocie, spełnianiu marzeń, dokonywaniu wyborów, o tym jak ważne jest przytulanie i dbanie o siebie nawzajem. Książka ta pokazuje, że nie warto unosić się dumą, zwłaszcza gdy w grę wchodzą emocje, a nawet miłość. Pozycja, która porusza do głębi. Gdy zbliżałam się do końca to starałam się czytać coraz wolniej. Mimo że byłam ciekawa zakończenia to nie chciałam się rozstać z bohaterami. Ostatnie zdanie książki sprawiło, że miałam łzy w oczach. Jak to już koniec!? Pozycja Nataszy Sochy była najlepszą, jaką było mi dane przeczytać w 2018 roku i trafia wysoko na liście moich ulubionych.
Czytaj dalej »

środa, 2 stycznia 2019

Bob. Przyjaźń to magia, która nie przemija - Rebecca Stead, Wendy Mass

Bob nie wie kim jest i w jaki sposób pojawił się na tym świecie. Ale jedno wie na pewno - pięć lat temu spędził wspaniałe lato z Livy, z dziewczynką, która obiecała niedługo wrócić i pomóc mu odnaleźć jego dom. A on czeka. Przez cały czas siedzi w starej szafie w nadziei, że w każdej chwili drzwi uchyli jego ukochana przyjaciółka. I po pięciu latach wróciła. Rzecz w tym, że Olivia nie pamięta prawie nic z poprzedniej wizyty. Pionek szachowy? Słoń? O czym oni wszyscy mówią? Wszystko zaczyna powoli się wyjaśniać, gdy w szafie znajduje zielonego stworka w przebraniu kurczaka, który twierdzi, że są najlepszymi przyjaciółmi i teraz musi pomóc mu wrócić do jego prawdziwego domu. I choć dziewczyna nic sobie nie przypomina na ten temat to postanawia dotrzymać danego pięć lat temu słowa.

Autorki stworzyły niesamowitą powieść dla dzieci o sile przyjaźni, lojalności, wrażliwości. Historię, która uczy młodych wzajemnej pomocy i że należy dotrzymywać danego słowa. Napisana prostym językiem, bez zbędnych metafor, więc młody czytelnik nie będzie miał problemów ze zrozumieniem przekazu. Dodatkowo w książce znajdują się ilustracje przedstawiające Livy, Boba i ich przygody, zachowane w ciepłej, brązowej tonacji. Idealnie pasują do okładki, tworząc spójną całość, a do tego pomagają dziecku wyobrazić sobie, jak ów dziwny zielony stworek w przebraniu kurczaka może tak naprawdę wyglądać. "Bob. Przyjaźń to magia, która nie przemija" to książka skierowana głównie do młodszych czytelników, ale również dorosły będzie się świetnie przy jej czytaniu bawił. Pochłonęłam ją w dwa wieczory i żałowałam, że nie ma kontynuacji. Na pewno powtórzę czytanie, gdy mój synek podrośnie i będzie w stanie więcej zrozumieć.

Historia przyjaźni miedzy dziewczynką a "niewidzialnym" stworkiem wzrusza, bawi, uczy. Może być opowieścią wykorzystywaną w bajkoterapii, a także pomocą przy oswojeniu się z obecnością niewidzialnego przyjaciela własnego dziecka. Rebecca Stead i Wendy Mass skupiły się nie tylko na samych przygodach bohaterów, ale także nazwały uczucia, jakie towarzyszyły Bobowi i Livy, co jest dobre w rozwijaniu kompetencji emocjonalnych i społecznych młodego człowieka. Wiele osób ma trudności z nazywaniem uczuć i emocji, które odczuwają, a co za tym idzie niełatwo im się z nimi uporać. Na przykładzie bohaterów z tej powieści dzieci będą mogły dostrzec podobieństwo do swojego życia i zachowań, jednocześnie znajdując rozwiązania swoich problemów. Powyższa opowieść jest nie tylko wspaniałą przygodą, ale również nauką. Historia Boba i Livy raczej nie zdetronizuje klasycznego już "Kubusia Puchatka", tak jak twierdzą pierwsi recenzenci, ale ma szanse również zawładnąć sercami czytelników.
Czytaj dalej »

wtorek, 6 listopada 2018

Błękit - Maja Lunde

Książki Mai Lunde ostatnimi czasy zdobywają coraz większą popularność w naszym kraju. I słusznie, bo poruszają bardzo ważne tematy, którym na co dzień mało kto poświęca choć odrobinę uwagi. W przypadku "Historii pszczół" autorka porusza zagadnienie wymierania pszczół, konsekwencje ich zaniedbywania i pokazuje jak będzie wyglądało życie człowieka, gdy ich całkowicie zabraknie. W przypadku "Błękitu" zmierza się z problemem marnowania wody, której jest przecież coraz mniej na świecie. Żyjemy tu i teraz, bez głębszej refleksji nad przyszłością. Nie zastanawiamy się czy będziemy mieli co pić za kilka lat, a także jak będzie wyglądało życie naszych dzieci czy wnuków, gdy będziemy dalej tak beztrosko postępować. Mnie wizja autorki w przypadku tej powieści wystraszyła nawet bardziej, niż ta dotycząca życia bez pszczół.

Norwegia, rok 2017. Signe, mimo odżywających wspomnień o młodzieńczej miłości, przybywa po latach do rodzinnych stron, gdzie jako nastolatka walczyła o przetrwanie dzikiej natury. Nie potrafi pogodzić się z tym, z jaką łatwością ludzie niszczą naturalne środowisko, wykorzystując je do napędzania elektrowni wodnej. W ten sposób nie ma śladu już po rzece Breio, wzgórzach czy wodospadach Dwie Siostry. Pozostał tylko lodowiec, który w niedalekiej przyszłości również przestanie istnieć za sprawą beztroski ludzi, którzy na jego podstawie stworzyli dochodowy biznes. Kobieta postanawia ostatni raz zawalczyć o tak bliską jej naturę, a wykorzysta do tego swój ukochany jacht - Błękit.

Francja, rok 2041. Kontynent trawi susza. Podczas pożaru David wraz z żoną i dziećmi zmuszeni są porzucić dotychczasowe życie i uciekać jak najdalej od domu. Podczas ucieczki ogień rozdziela rodzinę. David wraz z jedenastoletnią córką Lou zatrzymuje się w jednym z obozów dla uchodźców, gdzie próbuje zdobyć informacje o żonie i synku, a także przeczekać ten gorszy czas. To właśnie ten obóz staje się ich nowym domem, gdzie czekają na dobre wieści i choć odrobinę deszczu. Pewnego dnia, przy opuszczonym w pobliżu obozu domu, znajdują ukrytą pod płachtami żaglówkę, która to staje się ich małym promykiem nadziei.

Woda jest stale obecna w naszym życiu. Przyzwyczailiśmy się, że mamy jej wręcz pod dostatkiem. Gdy ją mamy to nieczęsto doceniamy, marnujemy, w żaden sposób nie oszczędzamy. Bo jak można inaczej nazwać wylewanie wody z czajnika przed przyrządzeniem kawy, bo przecież najsmaczniejsza jest tylko ta świeżo zagotowana i koniecznie tylko raz? Albo odkręcony kran z wodą, gdy myjemy zęby lub namydlamy dłonie? Takich przypadków marnowania wody jest wiele i człowiek nie zdaje sobie sprawy, że tej pitnej mamy coraz mniej. Dopiero gdy zaczyna brakować to zauważamy problem. Przez nasze bezrefleksyjne jej wykorzystywanie każdego dnia zbliżamy się do wielkiej suszy. Autorka postanowiła uświadomić czytelników tworząc historię z niezbyt pozytywną wizją. I to wcale nie taką odrealnioną jakby się mogło wydawać.

Maja Lunde w porównaniu do "Historii pszczół" tym razem skupiła się tylko na dwóch głównych wątkach, dwóch okresach, dwóch rodzinach, a nie jak wcześniej na trzech. Choć powieść jest mniejsza objętościowo od swojej poprzedniczki to pod względem treści wypada nawet korzystniej. Książki autorki poruszają bardzo ważne aspekty związane z naturą, wpisując się w nurt literatury ekologicznej. Co ważne, autorka nie narzuca nikomu swojego stanowiska, nie poucza, nie umoralnia. Przedstawia swoją wizję przyszłości dając czytelnikowi szerokie pole do refleksji. Proza bardzo dojrzała, a przy tym łatwa w odbiorze, z ciekawym wątkiem obyczajowym. Nigdy nie sądziłam, że będę zaczytywać się w tego typu książkach, ale jestem przekonana, że przeczytam wszystkie pozycje, jakie ta autorka wyda i zostaną u nas przetłumaczone. Jej powieści skłaniają do wielu refleksji i na długo pozostają w głowie, naturalnie wywołując u mnie chęć zmian.
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia