sobota, 14 lipca 2018

Niebo na własność - Luke Allnutt

Niebo na własność to historia, która pokazuje, że nic nigdy nie jest na zawsze. Rob i Anna poznali się w pubie po egzaminach na studiach. Nikt by nie przypuszczał, że beztroski, pełen optymizmu, chaosu i luzu mężczyzna będzie pasował tak do ułożonej, spokojnej i powściągliwej Anny. A jednak. Już pierwsza wspólna rozmowa sprawiła, że zapragnęli ich jeszcze więcej. Mimo różnic w charakterze, podejściu do życia i planów na przyszłość tworzyli zgraną, piękną parę. Kilka lat po zawarciu małżeństwa postanowili postarać się o dziecko. Nie było to łatwe, ich wspólna droga była usłana cierpieniem, łzami, rozczarowaniem, gdy Anna raz za razem, około trzynastego tygodnia, traciła ich upragnionego Maluszka. Ale nadszedł dzień, kiedy stali się jedną z najszczęśliwszych par na świecie – na świat przyszedł Jack, upragniony, wymarzony, wyczekany syn. Od pierwszych dni życia chłopca robili wszystko, aby miał piękne i bezpieczne dzieciństwo. Sielanka nie trwała zbyt długo. Mały Jack zaczął coraz dziwniej się zachowywać – upadać podczas jazdy na rowerze, bo, jak sam twierdził, dziwnie się poczuł, wywracać na sali zabaw, bo zaczęło mu się kręcić w głowie. Początkowo rodzice podchodzili do tego z lekkim niepokojem, ale szybkie powroty do siebie ich synka sprawiały, że złe myśli dość szybko zastępowała radość z uśmiechu Jacka. Aż do dnia, gdy lekarz postawił diagnozę – guz mózgu.

Powieść Niebo na własność nie jest lekturą łatwą, choć prosto napisaną. Historie o cierpieniu dzieci nigdy nie są przyjemne. Jednak autor nie skupia się tylko i wyłącznie na chorobie Jacka, jego cierpieniu, terapiach, nastrojach. Tego jest tak naprawdę niewiele. W całej historii postawił nie na dziecko, lecz jego rodziców. To, jak radzą sobie z chorobą syna, jak próbują sprostać nowej rzeczywistości, jak oddziałują na nich kolejne słowa lekarza, ale najważniejsze – czy radzą sobie w tym wszystkim wspólnie, czy oddzielnie. Luke Allnutt pokazał, że miłość, pragnienie, rodzina nie są niezniszczalne i nie zawsze są w stanie pokonać wszystko, co spotkają na swojej drodze. Jak łatwo jest popaść w rozpacz, skupić się na tym, co czuje się samemu, bez patrzenia na to, jak radzi sobie ukochana osoba. W życiu każdego człowieka potrzebna jest empatia, bo bez niej trudno o wspólne funkcjonowanie bez większych różnic zdań. U rodziców Jacka właśnie tego uczucia zabrakło – empatii. Każde z nich próbowało uporać się z myślami na swój sposób, co jest dobre, lecz bez rozmów, wspólnej walki, tego samego celu, można łatwo zagubić się gdzieś po drodze i stracić wszystkie wartości, o które starało się przecież tyle lat.

Historia Jacka, Anny i Roba mogłaby być wzruszająca. Mogłaby wywołać morze łez, rozpaczy, buntu i niezrozumienia. Mogłaby wstrząsnąć mną tak, że nie mogłabym się po niej pozbierać. Zwłaszcza, że pod sercem noszę synka, a więc uczucia i emocje głównych bohaterów powinny być mi bliskie, powinnam bardziej się z nimi utożsamiać. Być może znalazłabym w nich część swoich obaw? Jednak nic takiego nie miało miejsca. Niebo na własność miało momenty, kiedy z lekko ściśniętym gardłem śledziłam dalsze losy bohaterów, ale… nic więcej. Zabrakło mi obiecanego ładunku emocjonalnego, szarpnięcia, poczucia bezsilności i niesprawiedliwości. I nie jest to wina samej historii, w końcu guz mózgu nie jest diagnozą, którą każdy z nas pragnie usłyszeć. To sam autor nie dał mi szansy poczuć tego wszystkiego, co chciał, abym poczuła. Jacka poznajemy w dniu jego narodzin, a po chwili przeskakujemy do czasów, kiedy skończył pięć lat. Brakowało mi historii z jego wczesnego dzieciństwa, abym mogła zżyć się z chłopcem, poznać go bliżej, wiedzieć co czuje, co lubi, jakie ma relacje z rodzicami. Na pewno dużo więcej jest wspomniane o relacji syna z ojcem niż z matką, ponieważ udało się rodzicom zaszczepić w dziecku pasję do fotografowania, tak bliską sercu Roba. Jednakże i tu zabrakło mi głębszej więzi. Ponadto autor upodobał sobie częste przeskakiwanie między wspomnieniami bohatera z czasów choroby synka, a rzeczywistością, w której przyszło mu żyć później, co utrudniło mi w odbiorze wczucie się i w jedną, i w drugą historię.

O cierpieniu dzieci i rodziców powstało już bardzo dużo książek. Nie jest to temat nowy, ma już swoje schematy, utarte ścieżki. I nic nie stoi na przeszkodzie, aby kolejni autorzy poruszali te zagadnienia w swojej twórczości. Jednak aby wyróżnić się na tle wszystkich dotychczas wydanych, aby zostać w sercu czytelnika, aby skłonić go do większych refleksji potrzeba czegoś więcej niż samego pomysłu i lekkości pióra. Trzeba umieć zawładnąć emocjami czytelnika, pokazać mu relacje między bohaterami tak, aby nie mógł się z nimi rozstać. A tego mi zabrakło w pozycji Luka Allnutta. Nie była to zła książka, bo czytało się ją szybko i z zaciekawieniem, jednakże z bólem serca stwierdzam, że nie zostanie w mojej głowie zbyt długo.
Czytaj dalej »

piątek, 1 czerwca 2018

Zaślepienie - Aga Lesiewicz

Każdego dnia budzisz się, bierzesz prysznic, jesz w pośpiechu śniadanie, a potem biegniesz na miasto załatwić wszystko, co sobie zaplanowałeś na ten dzień. Praca, spotkania biznesowe, obiad z przyjaciółką, może wieczorne piwo z kumplem. Wszystko toczy się swoim rytmem, tak dobrze ci znanym. Jesteś mniej lub bardziej zadowolony ze swojego życia, ale do tej pory nie działo się nic, co by miało nie pozwolić ci zmrużyć spokojnie oczu. Aż pewnego dnia na twoją skrzynkę mailową przychodzi tajemnicza wiadomość - Odsłona 1. A w niej twoje zdjęcie sprzed kilku lat, zrobione w miejscu, w którym nie powinno nikogo poza Tobą być. A kilka dni później przychodzą kolejne odsłony. Co robisz?

Kristin jest dobrze zapowiadającą się fotografką, która łapie zlecenie za zleceniem. Mieszka w jednej z dzielnic Londynu ze swoim partnerem Antonem, streetartowym artystą. Pewnego dnia otrzymuje maile od anonimowego nadawcy, które zawierają zdjęcia i filmiki wideo z jej przeszłości, żadnych dodatkowych wiadomości tekstowych. Kobieta nie wie kim może być nadawca, ani dlaczego otrzymuje te wszystkie pliki. W jednej chwili traci poczucie bezpieczeństwa, bliskie osoby, a jej życie zaczyna kręcić się wokół tajemniczych Odsłon.

O książce dowiedziałam się z profilu Pauliny Mikuły na Instagramie. Paulina historią przedstawioną przez Agę Lisiewicz była oczarowana. Smaczku dodał fakt, że powieść została napisana przez Polkę po angielsku, a następnie przetłumaczono ją na język polski. Przyznam, że od samego początku byłam jej ciekawa i nie wahałam się ani chwili dłużej - aktywowałam abonament Legimi i pełna wysokich oczekiwań zabrałam się za czytanie.

Początek zapowiadał się interesująco. Czytałam z zapartym tchem ciekawa, co też dalej się wydarzy. Pierwsze rozdziały, choć dotyczyły głównie przedstawienia postaci, ich pracy, wzajemnych relacji i życia, wciągały i nie pozwalały na odłożenie książki na bok. Liczyłam, że cała historia będzie tak wciągająca. Gdzieś mniej więcej w połowie autorka zaczęła rozwlekać całą akcję, dodawała mnóstwo wątków, które za wiele nie wnosiły do historii. Zaczęłam się nudzić. Czytałam, ponieważ byłam ciekawa kto stoi za anonimowymi mailami i dlaczego to robi. Tylko ta ciekawość sprawiła, że doczytałam do końca. Rozwiązanie zagadki było dla mnie lekkim zaskoczeniem, nie udało mi się wszystkiego przewidzieć. Szkoda tylko, że autorka potraktowała je po macoszemu. W porównaniu do rozdziałów, które rozwlekały całą opowieść to rozwiązanie zagadki pędziło na łeb, na szyję. Nim się obejrzałam to w kilka minut poznałam sprawcę całego zamieszania i jego motywy.

Uważam, że Zaślepienie jest książką bardzo nierówną. Rozumiem dopisanie wątków pobocznych, które mają na celu uzupełnienie całości, umożliwienie obrania szerszej perspektywy, ale tutaj sporo było niepotrzebnych. Jak początek był wciągający i wbijający w fotel, tak później czułam się jak na karuzeli. Raz szybko, raz wolno, co denerwowało zamiast wzbudzić większe zainteresowanie. Bohaterom autorka również nie poświeciła odpowiedniego czasu. Jednym dała go więcej, innym, zwłaszcza tym najbardziej ważnym w powieści, dużo mniej. Jaki miała w tym cel? Nie chciała zdradzać zbyt wielu szczegółów z ich życia, aby czytelnik zbyt szybko nie rozwiązał tajemnicy? Trudno powiedzieć, trzeba przekonać się samemu. Co do pomysłu otrzymywania anonimowych wiadomości z zawartością dotyczących przeszłości głównej bohaterki - super! Ubolewam, że wykonanie było słabsze, niż czytam po opiniach innych, ale dla samej tajemnicy warto poświecić kilka wieczór na twórczość Agi Lesiewicz.
Czytaj dalej »

wtorek, 24 kwietnia 2018

A.F. Harrold - Przyjaciel z szafy

Zazwyczaj kiedy byliśmy dziećmi to chcieliśmy czytać to, co czytali nasi starsi koledzy. Gdy byliśmy w ich wieku to z chęcią i wypiekami na twarzy sięgaliśmy po książki dla dorosłych uważając, aby przypadkiem ktoś ze starszych nas na tym nie nakrył. Ale w życiu historia lubi zataczać koło i przychodzi etap w życiu dorosłego człowieka, kiedy z ogromną przyjemnością sięgamy po książki dla dzieci. Lubię powieści, które wciągają mnie od pierwszych stron, a ostatnio coraz trudniej znaleźć mi taką dopasowaną do mojego wieku. Widząc zapowiedź "Przyjaciela z szafy" poczułam, że to będzie strzał w dziesiątkę. Nieważne, że książka jest skierowana do dzieci w wieku 10-12 lat. Będzie w sam raz dla mojego przyszłego dziecka za te kilkanaście lat.

Czy jako dzieci mieliście przyjaciela, którego widzieliście tylko Wy? Czy rodzice wmawiali Wam, że nikogo takiego nie ma, że to tylko Wasza wyobraźnia? Był to chłopiec czy dziewczynka? A może różowy słoń, zielony tygrys lub czarno-biały ptak? Co podsunęła Wam wasza wyobraźnia?

Pewnego dnia Amanda wróciła z podwórka w przemoczonych trampkach i kurtce. Nie mogąc uporać się z zawiązanymi ciasno i mokrymi sznurówkami pobiegła do pokoju rozwiązać problem. Wrzucając odzież i buty do szafy nie sądziła, że będzie to początek jej wspaniałej przygody z nowym przyjacielem. Rudger, bo tak nazywa się przyjaciel z szafy dziewczynki, jest chłopcem w podobnym do niej wieku, który nie pamiętał, jak znalazł się w szafie Amandy i co robił wcześniej, za to wiedział, że bardzo chce bawić się z tą inteligentną i pełną wyobraźni dziewczynką.

Amanda i Rudger szybko się przekonali, że chłopca widzi tylko ona. W szkole żadna z koleżanek nie widziała nowego przyjaciela Amandy, mama również nie miała okazji ujrzenia Rudgera. Ale dzieciom to nie przeszkadzało. Spędzali ze sobą każdą wolną chwilę bawiąc się wspaniale m.in. łodzią podwodną, w jaskini, w igloo, albo przemierzając wspólnie ocean. Mamie dziewczynki nie przeszkadzała wyobraźnia córki, dopóki nie działa jej się krzywda. Uważała, że póki Amanda jest szczęśliwa i bezpieczna to nie ma potrzeby przejmować się wymyślonym przyjacielem. Sielankę przerwała niespodziewana wizyta Pana Trznadla, który przeprowadzał ankietę wśród sąsiadów. Dziewczynkę zaskoczył kolorowy ubiór niespodziewanego gościa, a także osobliwa dziewczynka u jego boku, która w porównaniu do swojego towarzysza nie była tak barwna i uśmiechnięta. To był początek wielu przygód, nie zawsze spokojnych i bezpiecznych.

Jestem pełna podziwu dla kunsztu literackiego i wyobraźni autora A.F. Harrolda. Stworzył na pozór prostą, nieskomplikowaną historię jakich wiele, ale ubarwił ją swoją wyobraźnią. Dobrze stworzone postacie, pierwszoplanowe jak i drugoplanowe, historia spójna ze sobą na każdej z kart, a do tego cudowne ilustracje wykonane przez Emily Gravett. Opowieść wciąga czytelnika już od pierwszych stron, zaskakuje biegiem wydarzeń, powoduje napady śmiechu, a także chwile zadumy. Autor pokazał siłę miłości, przyjaźni, a także jak ważna jest wyobraźnia w życiu człowieka, jak wiele dobrego potrafi zdziałać. Ale nie brak tu również tematów mniej radosnych, poważniejszych, bowiem poruszone jest zagadnienie utraty bliskiej osoby. 

Historia Amandy i Rudgera bawi i uczy, uświadamia, pobudza wyobraźnię, a u starszych czytelników wywołuje refleksje. Autor dodatkowo pokazał dwie postawy rodziców, których dzieci mają wymyślonych przyjaciół. Jedni, choć nie widzą, to wspierają swoje dzieci, odnoszą się do przyjaciela dziecka jak do prawdziwej istoty. Drudzy panikują na samo wspomnienie o takiej osobie czy zwierzęciu, dzwonią do lekarzy i umawiają wizyty u psychologów dziecięcych. Sama jestem jak najbardziej za postawą mamy Amandy i sama taką przyjmę, gdy moje dziecko przyjdzie i przedstawi mi swojego nowego towarzysza zabaw.

Dawno nie czytałam tak dobrze stworzonej historii, zwłaszcza skierowanej do młodego czytelnika. Magia osadzona w rzeczywistości to strzał w dziesiątkę. Gdyby każda książka była tworzona z taką starannością jak "Przyjaciel z szafy" to wśród dzieci byłoby więcej tych czytających z przyjemnością, a nie z przymusu. Piękne wydanie w twardej oprawie, z nieco sztywniejszymi kartkami, z dużą i wyraźną czcionką oraz cudownymi ilustracjami sprawiło, że nie mogłam od tej książki oderwać oczu. Jestem przekonana, że wydanie i przedstawiona historia sprawią dużo radości młodemu czytelnikowi.
Czytaj dalej »

piątek, 13 kwietnia 2018

100 miejsc we Francji, które każda kobieta powinna odwiedzić - Marcia DeSanctis

Nie da się ukryć, że ta książka czekała trzy lata, aż skończę ją czytać i napiszę o niej kilka słów. Nie miałam pojęcia, że czas tak szybko leci! Ale było to też dobre dla książki, bo sprawdziłam, po tych trzech latach, czy faktycznie jest tak dobra, ciekawa i nieszablonowa jak wówczas myślałam. Nie pomyliłam się.

100 miejsc we Francji, które każda kobieta powinna odwiedzić to pozycja, która niby jest poradnikiem, ale nie przypomina go prawie wcale. Autorka stworzyła listę miejsc, które dla kobiet mogą być w jakimś stopniu ważne, a przy każdym z nich napisała kilka stron wyjaśnienia. Początkowo podchodziłam do niej z dużym dystansem, niepewnością i z góry zakładałam, że to kolejna zbędna pozycja na mojej półce, bo przecież każdy jest inny, ma swoje zainteresowania, plany, marzenia, upodobania. Wiec jak ktoś może stworzyć 100 uniwersalnych miejsc dla płci pięknej? A jednak! 

Marcia DeSanctis zna Francję jak własną kieszeń. Zwiedziła ją wzdłuż i wszerz zaglądając we wszystkie zakamarki. Odwiedziła mnóstwo ogrodów, restauracji, sklepów, zabytków. Spisała wszystko to, co wydawało jej się najbardziej interesujące, przydatne, zachwycające, wyjątkowe. Stworzyła zbiór pomysłów na wycieczkę, podczas której można spędzić czas na zakupach, zwiedzaniu, edukacji i relaksie. Wybierając się do Francji aż grzechem byłoby nie skorzystać z tej swoistej listy wartościowych miejsc.

Autorka w swojej książce przedstawia najpiękniejsze ogrody, w tym różany z różanym domem - Park Bagatelle w Paryżu, a także ogrody Jardin des Tuileries i Jardin du Luxembourg, Ogród Moneta, Fontannę Niki de Saint Phalle i Jeana Tinguely'ego, lawendowe pola. Koniecznie zobaczcie zdjęcia, a zechcecie zobaczyć te miejsca na żywo! Wspomina także gdzie najlepiej udać się na spacer, gdzie ponurkować, a gdzie zdobyć nieco więcej wiedzy historycznej na podstawie zabytków takich jak np. pomniki bitwy o Normandię, pomnik poetki Louise Labe, czy niezwykłe muzea Paryża, a także gdzie jest najsmaczniejsze jedzenie. Nie zabraknie też spisu miejsc interesujących warsztatów. Chcesz stworzyć swoje własne perfumy? Marcia napisała gdzie dokładnie możesz to zrobić!

Przy 100 miejscach we Francji, które każda kobieta powinna odwiedzić bawiłam się wyśmienicie. Autorka tak obrazowo przedstawiła każde z tych miejsc dołączając gamę emocji, że czułam się tak, jakbym spacerowała wraz z nią uliczkami Paryża, wąchała woń przepięknych róż, tworzyła własne perfumy czy robiła zakupy w godnych polecenia miejscach. Aż pożałowałam, że Paryż jest wciąż w moich dalekich podróżniczych planach. I choć przez wszelkie zamieszki, bunty i różnice polityczno-religijne Francja znacząco ucierpiała to wiele z tych 100 miejsc wciąż istnieje i cieszą się niemałą popularnością. 

Poradnik na pewno będzie towarzyszył mi w planowaniu podróży do Paryża i zachęcam również Was do skorzystania z tej listy. Na pewno się nie zawiedziecie, a być może wypełnicie luki w swoich planach ciekawymi miejscami. Wycieczka na pewno będzie wartościowa i pełna wrażeń!

Czytaj dalej »

piątek, 6 kwietnia 2018

Trzy wspaniałe kobiety - Share Week 2018

Jak co roku, Andrzej Tucholski, tworzy zestawienie najbardziej poczytnych blogów w sieci - Share Week. I to nie według własnego widzimisię, lecz na podstawie typów, jakie podają inni twórcy internetowi. W tym roku postanowiłam również dołączyć swoje trzy grosze do rankingu. Podzielę się z Wami moimi typami trzech kobiet, które mnie w jakiś sposób inspirują, motywują i nieświadomie pchają do działania. Skupię się tylko na trzech, bo tyle należy później wpisać w formularzu u Andrzeja, ale to nie znaczy, że czytam tylko je. Z chęcią poznam i Wasze typy, a nuż odkryję kolejne interesujące strony ;)


1. Mama i stetoskop

Jest to moje stosunkowo niedawne odkrycie. Trafiłam na jej stronę poprzez Instagrama i przepadłam. Ładne, estetyczne zdjęcia skusiły mnie na tyle, że zainteresowałam się bardziej tym, co ma do powiedzenia. Kasia jest na szóstym roku medycyny i jednocześnie wychowuje dwójkę chłopców. Niemożliwe, aby to pogodzić? A jednak! Dodatkowo stara się dzielić z czytelnikami wiedzą medyczną w przystępny sposób. Interesuje Cię padaczka i jak radzić sobie z jej napadem u napotkanej osoby? A może nie wiesz skąd bierze się czkawka? Choć tematyka jej postów jest różnorodna to Kasia zawsze podchodzi do zagadnienia przygotowana i stara się rozwiać najczęściej pojawiające się wątpliwości. Z czystym sumieniem polecam, bo ja przepadłam już po pierwszym poście!


2. Jest Rudo

Natalia w blogosferze jest już doskonale znana. Jej pasja do fotografii sprawiła, że zechciała podzielić się z nią innymi. Chcesz nauczyć się robić ładne zdjęcia, ale nie wiesz od czego zacząć? Koniecznie wejdź na jej stronę i rozpocznij naukę. Natalia uczy od podstaw, wyjaśnia do czego służą te wszystkie magiczne przyciski na aparacie i z których naprawdę warto korzystać. Pokazuje również jak łapać kadry, na czym się skupić, co wpływa na jakość zdjęć. Do tego co jakiś czas tworzy fotograficzne wyzwania, które motywują do działania i sprawiają, że stajemy się lepsi w fotografii. Ponadto na jej blogu można znaleźć bank z darmowymi zdjęciami, idealnymi do postów na wasze strony, przepisy na smaczne i zdrowe koktajle czy sprawdzone przez nią triki odnośnie pielęgnacji ciała. Więcej zdjęć na jej Instagramie.



3. Wyrwane z kontekstu

Nie znam osoby, która by o Aśce i jej blogu nigdy nie słyszała. Pisze na przeróżne tematy i zawsze trafia w punkt. Nie zawsze pisze to, co chciałbyś usłyszeć, bo czasem obdziera ludzi z obłudy i fałszu i zmusza do wyjścia ze strefy komfortu. Jak sama napisała: "Nie mówię nikomu, jak ma żyć, ale podpowiadam, jak można żyć fajnie. Znajdziecie tu treści, które zawsze są wyrazem moich własnych doświadczeń i opinii. Zgadzasz się z nimi? Super, będzie o czym pogadać. Nie zgadzasz? Też dobrze, bo nuda zabija w końcu każdy związek." I te słowa idealnie odzwierciedlają to, co na jej stronie się znajduje. Zawsze gdy wpadam na bloga Aśki to się nie nudzę. Choć początkowo tematyka posta wydaje mi się niezbyt bliska moim poglądom to często po skończeniu czytania mam w głowię "o tak, dokładnie tak!". A jeżeli nie to można zaprosić autorkę do dyskusji w komentarzach, co często sama robi. Zachęcam i do zajrzenia na jej konto w Instagramie, gdzie często w humorystyczny sposób pokazuje swoją rzeczywistość.

To moje top3 kobiet, które inspirują, motywują i zmuszają do refleksji oraz pracy nad sobą. I choć każda z nich prowadzi inny tryb życia, pisze o czymś zupełnie od siebie różnym to u każdej z nich znajduje coś naprawdę wartościowego. A jakie są wasze typy? Może podrzucicie wasze niedawne blogowe odkrycia? Z chęcią poodwiedzam osoby, o których do tej pory jakimś cudem nie słyszałam. I liczba obserwatorów nie ma dla mnie tu żadnego znaczenia ;).
Czytaj dalej »

niedziela, 21 stycznia 2018

Zaufaj swoim przeczuciom - intuicja ma znaczenie

Intuicja według internetowego słownika języka polskiego oznacza przeczucie i zdolność przewidywania. W psychologii oznacza poznanie bezpośrednie, niepoprzedzone rozumowaniem. Podobnie wygląda to w filozofii, gdzie intuicja wyjaśniana jest jako narzucające się przekonanie, którego nie da się w pełni uzasadnić. A prościej mówiąc, jest to podświadome przekonanie o słuszności danej myśli.

Objawia się zazwyczaj w postaci jakiegoś przebłysku myślowego, nie zawsze wyraźnego na tyle, że jesteśmy w stanie to wyłapać. Intuicja może również przyjąć postać... dziwnego ucisku w żołądku. Niektórzy kojarzą to z tak zwanymi motylkami. Uczucie łaskotania, ucisku, albo zwyczajnie pewność, że ta myśl, która właśnie zakiełkowała, jest tą właściwą. Często mylona jest z przeczuciami, jakie wywołują w nas emocje. Gdy dużo myślimy o czymś, co wywołuje w nas silne emocje, to wówczas pojawiają się dodatkowe subtelne symptomy, które do złudzenia przypominają te występujące podczas intuicji. Dlatego tak łatwo jest się pomylić lub po prostu tego nie wyczuć. 

Jak sprawić, aby móc wyczuwać tę subtelność w znakach, jakie daje nam nasz organizm? Zacząć słuchać swojego ciała, analizować jego reakcje na dane myśli. Nie jest to proces łatwy i krótkotrwały. Nie jest możliwe jego wyuczenie przy każdej myśli, która zakiełkuje w głowie. Mi zajęło to lata nim zorientowałam się, że mam bardzo silną intuicję, która objawia się w 99% przypadków tak samo. Najpierw następuje myśl, która od razu jest w mojej głowie pewniakiem. Takie przekonanie o nieomylności tej myśli. Gdy dojdzie do tego dziwny ucisk w żołądku, bardzo przypominający łaskotanie skrzydeł motyla i jednocześnie dreszcze przeszywające moje ciało tak, że przez ułamek sekundy robi mi się zimno i ciepło na zmianę - wtedy wiem, że to intuicja, która potwierdza to, co siedzi mi w głowie. U mnie wygląda to właśnie tak. Czasem objawów jest mniej i nie bez znaczenia. Gdy mam sam ucisk w żołądku to wiem, że moja myśl się sprawdzi w niedalekiej przyszłości, a jeśli mam dodatkowo dreszcze to wiem, że to już miało miejsce dosłownie chwile temu. 

Nie od zawsze wiedziałam, że to intuicja. Początkowo nawet nie wierzyłam w jej istnienie. Z czasem interesowałam się coraz bardziej tym, jak funkcjonuje nasze ciało i jak skomplikowany jest ludzki mózg. Zdałam sobie sprawę, że nie wszystko dzieje się zgodnie z moją wolą, a źródła kryją się w podświadomości. Dzięki temu nie stałam się jakoś specjalnie bardziej podatna na pojawianie się intuicji. Po prostu zaczęłam się bardziej sobie przyglądać. A to sprawiło, że poznałam reakcje swojego ciała w podobnych do siebie sytuacjach, momentach. Na różnym etapie życia częstotliwość występowania intuicji była różna.
Warto dodać, że nie zawsze ma ona związek z nami samymi! Ta związana ze mną często jest mylna, ponieważ jej wystąpienie uważam jako rade, pomoc w podjęciu decyzji, zrobieniu kroku naprzód lub w tył. Jej spełnienie jest w większym procencie zależne bardziej ode mnie niż od losowych przypadków. Gdy znam przeświadczenie to mogę tak modyfikować swoje życie, aby osiągnąć to, czego pragnę i co będzie dla mnie dobre, a nie to, czego pragnie druga osoba. Dlatego to czy intuicja odnosząca się bezpośrednio do mnie i mojego życia jest wiarygodna (i sprawdzi się) zależy tylko i wyłącznie od tego, czy odpowiednio wykorzystam jej pojawienie się. 

Nieco inaczej ma się sprawa z moimi bliskimi, z którymi wiąże mnie silna więź emocjonalna. To w tym przypadku najczęściej mam ucisk w żołądku i przeszywające dreszcze. Mam tak z kilkoma ważnymi dla mnie osobami. Nie z każdym. Przy niektórych intuicja jest znacznie słabsza, a przy innych silniejsza. Zwłaszcza wtedy, kiedy dzieje się u nich coś, co wiem, że nie jest dla nich korzystne, bądź stoją w środku wydarzeń, które znacząco wpłyną na dalsze ich życie. Miałam tak na przykład z moim obecnym partnerem, który w pewnym okresie swojego życia popełniał w kółko wciąż ten sam błąd. Nie musiał mi nawet mówić, że znów to zrobił. Rzadko pytałam go o to wprost, niekiedy nawet nie poruszałam z nim tego tematu, a i tak wychodziło wszystko na jaw po kilku godzinach lub dniach. Ale intuicja nie jest tylko informacją o wydarzeniach, bywa również pomocna, gdy się w nią uwierzy. Często bywa wskazówką, informacją czy drogowskazem, który może naprawdę ułatwić drogę do celu. 

I żeby nie było tak idealnie - wiele razy zignorowałam intuicję. Było to jeszcze na etapie, gdy nie do końca w nią wierzyłam. Podpowiadała mi, że jest coś nie tak w relacji z osobą, którą uważałam za bratnią duszę. Gdy zobaczyłam tego skutki - zaczęłam wierzyć w to, co podpowiada mi moja podświadomość. Czasu nie cofnę, a skutki tej relacji odcisnęły trwały ślad w moim życiu. Ale dzięki temu znalazłam się w tym miejscu i z ludźmi, co do których intuicja nie ma wątpliwości. Ani ja. Zaczęłam wierzyć i słuchać siebie. I od tamtej pory jestem po prostu szczęśliwsza i mniej zestresowana ;)

Podsumowując...

Słuchaj swojej intuicji. Ona powie Ci wszystko, co potrzebujesz wiedzieć.  

Anthony J.D'Angelo

 

A jak to wygląda u Was? Wierzycie w istnienie intuicji? Wyczuwacie ją? A może macie zupełnie inne zdanie od mojego odnośnie jej występowania? Chętnie poznam wasze przemyślenia, zachęcam do dyskusji.
Czytaj dalej »

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia